Lewe menu


Right menu

Szukaj


Dziewiąte Roztoczańskie Spotkanie Internautόw

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 9869 
Komentarzy: 1 
ID: 15089 
Węzeł: 12903 
Andrzej Trembaczowski

Jak co roku zorganizowaliśmy na Roztoczu Spotkanie Wędkarzy Internautόw - tym razem w maju - i jak co roku było bardzo udane. Podobnie jak i poprzednio baza była w Jόzefowie i tak, jak poprzednio, cały trud gospodarza wziął na siebie Marek. Zorganizował wszystko znakomicie - jak zawsze. Tradycji stało się zadość. Niebo nie poskąpiło deszczu, więc piękne roztoczańskie rzeczki napełniły się wodą po brzegi i obdarzyły nas rybami, a te, też tradycyjnie, jak to już nie raz na naszych spotkaniach bywało, wyszły z ukrycia. Ukazały się, a nawet pozwoliły się złowić. Były więc piękne pstrągi - jak zawsze - a nawet było ich znacznie więcej niż zawsze i pod tym względem te łowy przeszły wszelkie nasze oczekiwania.

Jeszcze na gorąco starałem się spisać swoje wrażenia - mam nadzieję, że inni uczestnicy spotkania także podzielą się swoimi wspomnieniami. Uzupełnimy się więc, tworząc całość, bo to spotkanie na pewno było tego warte.

Niestety, nie mogłem pojechać w piątek i pierwszy dzień spotkania mi przepadł. Dzwoniłem, dopytywałem się, kto przyjechał i co kto złowił? Dowiedziałem się, że Piotr Lubiarz na dzień dobry złowił dwa pstrągi po 55 cm, a Jurek Bogdański 45 cm i że jest super. Towarzysko także, ale tak jest zawsze na naszych spotkaniach. W sobotę wyruszyliśmy o 3:30; Grzesiek Lubisz, Krzysiek Łuczkowski i ja. O świcie, tuż przed wschodem słońca byliśmy w Turobinie. Wysiadłem niżej, koledzy pojechali w gόrę.

*
Bezchmurne niebo, zimno. Trawa pokryta szronem. Dobrze, że mam polar, ale i tak chwytają mnie dreszcze. Łyk wrzącej herbaty niewiele pomaga. Aby do świtu. Rzeka wygląda strasznie. Głęboki wyrypany koparką rόw, strome skarpy z surowej gliny, żadnej roślinności. Bura błotnista woda płynie chyba o metr niżej dawnego poziomu, to widać po suchych korzeniach. Dno pokryte gliniastym iłem, martwe, jałowe. Ile czasu minie, zanim wrόci tu życie? Co będą jadły pstrągi? A są tu jeszcze? Bez przekonania penetruję burą wodę biało-czerwonym twisterkiem. Nic. Wiele wiary trzeba, aby łowić w takich warunkach.

Na wywalonych koparką zwałach dennego mułu wyrosły pokrzywy. Na razie jeszcze do kolan, ale na tak żyznym podłożu wyrosną pewnie wyżej głowy. Roślinność ruderalna, zamiast soczystej trawy, taka korzysć dla rolnikόw. Co kilkdziesiąt metrόw wśrόd zieleni czernieją świeże jamy bobrόw. Przywracają rzekę naturze. Trzeba patrzeć pod nogi, by nie wpaść w te wykopki.

Wzeszło słońce i robi się cieplej, tylko że strasznie świeci to słońce po oczach. Gdzieś koło szόstej widzę pierwszy cień ryby. Pstrąg wyskoczył spod burty, zawinął wokόł przynęty. Za drugim razem trafił. Jakieś 37 – 38 cm. Schodzę na maleńką pόłeczkę u spodu skarpy i uwalniam go. Ten kolor widocznie im się spodobał, a może pora żeru nadeszła? Po tym jednym mam jeszcze następne brania, wszystkie delikatne, niezacięte. Po jakimś czasie ustają. Dzwonię do Grześka, pytam, jak tam u nich? Nieźle, złowił misia 58 cm! Kończą łowienie i jadą po mnie.

W Szczebrzeszynie uzupełniamy prowiant, dzwonimy do kolegόw, wszyscy już wstali i rozjechali się po rzekach. Łowią. Wracamy na Por, tym razem jedziemy na dolny odcinek koło Sułowca. Woda tu płynie leniwie, głębokim kanałem. Przy brzegach wśrόd roślin stadka ciernikόw. No, tu siedzą kabany. I szczupaki. Najgorsze, że słońce już jest wysoko, przygrzewa i to nas kompletnie rozleniwia. Robimy ognisko, pieczemy kiełbaski – wyjechaliśmy bez śniadania. Grzesiek musi odespać poranne wstanie, mnie też sen morzy. Tylko Krzysiek twardo walczy i kończy się to spotkaniem z pόłmetrowym szczupaczkiem. Jedna gumka mniej. A koledzy spotkali się w Młynie. Darujemy więc sobie dalszą męczarnię na słońcu, jedziemy do Zwierzyńca zobaczyć się z kolegami.

Pod Młynem tyle samochodόw, że trudno znaleźć wolne miejsce. Radosne powitania, uściski, dzielenie się wrażeniami. Istny młyn. Piętek złowił prawie pięćdziesiątaka (49 cm) inni także coś mieli, wszyscy są zadowoleni. Jest fajnie. Umawiamy się na wieczorny kociołek na dwudziestą i rozjeżdżamy się – słońce już niżej i teraz dopiero zaczyna się robić dobrze. Do wieczora czasu w sam raz na jedno wędkowanie, a najbliżej jest Wieprz. Koledzy zostawiają mnie na moim ulubionym odcinku i jadą dalej.
A Wieprz cudowny! Wspaniała podeszczowa woda. Jednak to jest przepiękna rzeka, co tam Por. Owiedzam ulubione miejsca, nie byłem tu od zeszłego roku. Zmieniły się i to na korzyść, więcej zwalisk, więcej stanowisk w wodzie. Staram się więc, przykładm i... tracę ulubionego jiga. Szkoda, drugiego takiego nie mam. Jaką przynętę dopasować? Może twisterka? Dobieram kolor, aby pasował do tej wody, zmieniam, dopasowuję. Chyba w końcu trafiłem, bo jest pierwszy czterdziestak. Walnął ostro, nie tak, jak te z Poru,. Zakotłował, zabełtał i spadł. Przynęta dobrana, mogę skupić się na starannym obławianiu miejscόwek. Idę wydeptaną przez dziesiątki wędkarzy ścieżką. Na szczęście brak nowych śladόw. Zaczęły się szczupaki i lud ruszył na Nielisz – wreszcie pstrągi mogą trochę odpocząć. Należy im się, przez ostanie miesiące Wieprz był mocno oblegany. Widać nieźle wytresowane te pstrągi, biorą nieufnie, delikatnie, ledwo skubią, żaden nie siada na haczyku. Nie są zresztą wielkie – takie zwyczajne, ponad trzydziestkę, około wymiaru.

Po kilku kolejnych braniach takich samych trzydziestakόw znika początkowe napięcie. Niczego nie oczekuję, nic mi nie trzeba. Cieszę się pięknym dniem, śpiewem ptakόw, świeżą zielenią i kolorowymi kobiercami kwiatόw. I samotnością. Rozleniwiony siadam na trawie, nie muszę z nikim się ścigać, nic nie muszę. Jest fajnie. Miły nastrόj przerywa jakiś dziwny łomot. Dźwięk obcy, nie pasujący do otoczenia. No tak, płyną kajaki! Właśnie jeden władował się na zwalisko. Walczy z nurtem dociskającym do drzewa. Nadpływa drugi kajakowicz, wspόlnymi siłami odrywają się od przeszkody. Lecą połamane gałęzie. Nie wytrzymuję i proponuję sportowcom, by raczej przenieśli się na taką rzekę, gdzie rόwno i prosto. Popłynęli, ale popsuli mi nastrόj. Cόż, nie ich wina, każdy szuka swego sposobu na rozrywkę i kontaktu z naturą. Nie wszyscy muszą łowić pstrągi, a to, że sobie wzajmnie przeszkadzamy, to inna sprawa. To trzeba jakoś uregulować, ustalić zasady pływania, godziny, terminy. Jak na razie nie ma żadnych reguł.

Nie śpieszno mi do dalszego łowienia, straciłem wiarę, że złowię cokolwiek po tych kajakarzach, a już na pewno, że złowię coś przyzwoitego. Mechanicznie obławiam kolejne miejscόwki. Ale tej rzeki nie można traktować mechanicznie. Tu każde miejsce jest inne i każde wymaga innego potraktowania. To się nie może znudzić. Jakoż i pstragi znowu się meldują - kolejne delikatne branie trzydziestaka. Więc warto się starać.

Schodzę w dόł rzeki. Miejscόwki klasyczne, podręcznikowe. Zakręt, bania, zwalone drzewo, gardziel, przyśpieszenie, podmyta burta, następne podobne miejsce i następne. Jak długo jeszcze uchowa się ta rzeka? Czy nie zniszczą jej melioranci naciskani przez właścicieli kajakόw? Kolejna podręcznikowa miejscόwka. Posyłam twisterka pod drugi brzeg. Woda niesie go wzdłuż zwaliska, zamiata łukiem i znosi prosto w zwężoną gardziel. We wlewie powinien stać trzydziestaczek, takie podręcznikowe stanowisko. Przytrzymuję, twisterek unosi się. O żesz! Ale walnięcie! Spodziewałem się trzydziestaczka, a tu taki kaban! Brutalne szarpnięcie, chlupot. Zapamiętałem wielki pysk i grube karczysko, ręką bym pewnie nie objął. Wydostaję przynętę z rozprostowanym hakiem...

No, dosyć zabawy! To branie przywrόciło mi wiarę w pstrągi i chęć do starannego łowienia, ale w następnych miejscόwkach nic już nie wychodzi, a czas pomału dobiega końca. O umόwionej godzinie mam być na szosie. W szybkim nurcie od nogami znowu wyskakuje kaban, trochę mniejszy, ten nie ma pięćdziesiątki. Wali ostro i... się nie zapina. Pech... Kończę. Na dziś dość, czas wracać.

W stanicy ruch. Nałożyły się dwie imprezy, nasza i zakończenie zawodόw rzutowych. Dużo ludzi, wesoło. Witamy się z gospodarzami z zamojskiego okręgu, zapraszają do wspόlnej zabawy, my z kolei zapraszamy do nas. Robimy pamiątkowe zdjęcie na tle przywiezionego przez Grzylka plakatu. Kociołki stoją na ogniu, leje się piwo. Prezes zamojskiego ZO Jurek Wiater dzieli się pomiędzy te dwie imprezy i co chwilę zagląda do nas. Gadamy, gadamy, gadamy. O Porze, o wszystkich roztoczańskich rzekach. I o pstrągach. O gospodarce pstrągowej, o przyszłości wędkarstwa i oczywiście o pstrągach. O pstrągach najwięcej i najdłużej. Gadamy, gadamy, gadamy aż do pόźnej nocy. Smakujemy roztoczański przysmak – kociołek jόzefowski – przyrządzony przez Jόzka Naklickiego, pijemy piwo i gadamy. Smakujemy pietruszkę i dalej gadamy. Kto rano wstanie?

Co to znaczy mobilizacja. Udaje nam się zbudzić przed siόdmą. Około όsmej jesteśmy gotowi do wyjazdu, do stanicy już nie wrόcimy, żegnamy się więc, pakujemy. Tym razem wracam z Jurkiem i Piotrem. Po drodze wstąpimy na Por, na dolny odcinek. Lubię to miejsce, wolna szeroka rzeka, łąki na brzegach. Kwilą czajki, kląskają słowiki, klekocze bociek. I żadnych ludzi, żadnych samochodόw, tylko my. Cały kawał rzeki dla nas. Pięknie! Koledzy maszerują w gόrę, będą łowiąc schodzili w moją stronę, ja będę łowił pod prąd. Idę powoli i penetruję dokładnie wodę jigiem. Wolno, tak wolno jak tylko potrafię. Może w dwudziestym podaniu dryfującą przynętę zatrzymuje ryba. Takie zastopowanie i nagły nawrόt pod prąd. O, niezły! Wędka wygina się głębokim łukiem. Pstrąg idzie nisko, szoruje przy dnie. Jest ciężki i ma niezłą kondycję. Luzuję hamulec i rozglądam się wzdłuż brzegu. Odrzucam plecak, pstrąg chodzi teraz pod nogami i prόbuje wbić się w brzeg, ale już słabnie. W brzegu znajduję niewielką wyrwę. Klękam i doprowadzam rybę do burty. Piękny, żόłciutki pięćdziesiątak. Szeroki bok. Grzbiet udekorowany kropkami. Otaczam rybę ramieniem i chwytam delikatnie za kark – ledwo go obejmuję. Przykładam dolnik wędki zapamiętując długość, wyjmuję haczyk. Chwilę jeszcze trzymam pstrąga głową pod prąd i pozwalam mu odpłynąć. Odchodzi piękny i wolny. Ręka mokra, okulary ochlapane. Poźniejszy pomiar pokaże, że pstrąg miał 54 – 55 cm. Około, dokładna długość nie jest istotna. Ciekawe, jaki był ten wczorajszy z Wieprza? Radość. Dzwonię do Piotra. Cieszy się i gratuluje. Siadam na trawie, cieszę się tą chwilą. Dalsze łowienie może być już całkiem bez brania, już czuję się spełniony.

Słyszę plusk i obserwuję falę na wodzie – nieco dalej. Dotrę tam po kilku rzutach. Bez pośpiechu, miejsce jest charakterystyczne, naprzeciw sterczą suche badyle, zapamiętam. Plusk powtarza się, widzę rozchodzące się koła. Coś żeruje pod powierzchnią. Posyłam tam jiga, ale nie bierze. Ani za pierwszym, ani za żadnym następnym podaniem. Nie szkodzi, idę dalej. Mam jeszcze jedno delikatne trącenie. Takie przytrzymanie i nic. No, tak, nic, bo nie mam już jiga. Spodobał się szczupaczkowi. W pudełeczku mam jeszcze podobnego, zakładam go, wydaje mi się nie tak atrakcyjny jak tamten, ale też chodzi dobrze. I jak się okazuje także pasuje pstrągom. Tym razem spodobał się czterdziestakowi. Znowu to przytrzymanie i odjazd. Zupełnie inne branie niż w silnym nurcie. Po prostu ryba chwyta napływającą pod pysk przynętę, smakuje i raptem zdziwiona czuje, że coś nie tak i wpada w panikę. Pstrąg kręci młynki, tarmosi końcόwką. Podciągam go do brzegu i przestaję zwijać. Dwa ruchy głową i się odpina.

Widzę już Jurka i Piotra, idą w moją stronę. Jurek dochodzi pierwszy, gratuluje mi pstrąga. Im na muchy nie brały. Ciekawe, akurat roją się chrusty. Pokazuję Jurkowi miejsce, gdzie widziałem spław. Może właśnie na muchę weźmie, skoro nie chciał jiga? Jurek zbliża się starannie podając muchy. Wziął!!! Muchόwka wygina się, sznur wypręża. Pstrąg rusza pod prąd. Idzie nisko i kosi przyponem trawy. Widzimy go, taki sam jak ten mόj, bliźniak, ten sam rocznik. Nadchodzi Piotr, widzi hol i szykuje aparat do zdjęcia. Nie zdążył. Jeszcze jeden młynek i mały haczyk wypada z pyska. Nieważne, widziany – zaliczony. Jesteśmy szczęśliwi. Czyż to nie piękny poranek? I w jakiej innej polskiej rzece można trafić pod rząd dwa pięćdziesiątaki? Nie doceniamy Poru, ta rzeka naprawdę zasługuje na jakiś specjalny status.

Jest jeszcze czas, jedziemy więc na wyższy odcinek koło Czernięcina. Tu także melioranci zrobili pobojowisko. Ile lat trzeba, aby rzeka znowu odżyła? Postanawiamy łowić przez godzinę. Nurt tu szybszy, zakładam więc twisterka. Kolejny kolor okazuje się trafiony i meldują się trzydziestaki. Biorą ostrożnie i żaden się nie zapina. Nieważne, najważniejsze, że są. Godzina zabawy i mamy dosyć. Czas wracać. Po drodze dopada nas przelotny majowy deszczyk. Prawdziwa burza dopiero wisi w powietrzu, nas już nie złapie.

Po drodze omawiamy spotkanie. Wracamy do rozmόw i poruszanych tematόw, do sposobόw najlepszego wykorzystywania walorόw tych rzek. Trudne to wszystko - jak pogodzić chęć łowienia i jak dostosować do możliwości rzeki? Jak zadowolić pstrągarzy, jak zapewnić i rybę w wodzie i komfort wędkowania? Jak zapewnić skuteczną ochronę i ile to wszystko musi kosztować? Odwieczne dylematy – jak pogodzić wysokie oczekiwania wędkarzy z dotychczasowymi przyzwyczajeniami? Jak wytłumaczyć, że nie da się wędkować w tłumie i tanio? Że nie da się zabierać więcej, niż może nastarczyć Natura? I że można zabrać tylko niewielką część, aby w wodzie żyły kabany? A może wcale nie zabierać? Dopuszczenie zabierania choćby w ramach minimalnego limitu – zdaje się uzasadnione – może stworzyć warunki do kombinowania. To nasze polskie cwaniaczenie... No i jeszcze melioranci - jak uchronić rzekę przed idiotami z koparką? Odwieczne dylematy. Kwadratura koła. Nie łatwo będzie zrobić to gospodarzom, z podobnymi problemami musimy się także zmierzyć i u nas w Lublinie. A na Roztocze jeszcze pojeździmy trochę w tym roku, oby tylko była wysoka woda. A na szczupaki jest jesień.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Grzegorz Tuński

Cześć Andrzeju

........................ mnie dopadła.



Pozdrowienia Grzylek

Początek


RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusOpenERPUrlop: wy-Wczasy.plSystemy CMS eZPublishPozycjonowanie stron WWWFundusz ETF - ciekawe linki