Lewe menu


Right menu

Szukaj


Jesień

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 8882 
Komentarzy: 0 
ID: 13038 
Węzeł: 11071 
Jesień 3

Dwie pory roku lubię najbardziej: wiosnę i jesień. Obie malownicze, obie naznaczone szybkimi przemianami w przyrodzie, lecz jakże różne od siebie! Wiosną wszystko budzi się z zimowego uśpienia, nabiera rozmachu, szaleje, tętni radością życia. Jesienią przyroda w pełnym zadumy dostojeństwie szykuje się do snu. Wiosna jest pełna wigoru, jesień - refleksyjna.

A ryby? Tak wiosną, jak i jesienią żerują ze szczególną zawziętością, choć może z odmiennych powodów: wiosną - by powetować sobie zimową przerwę oraz nabrać sił przed tarłem, jesienią - na zapas, na ciężkie, zimowe czasy.
Wiosną wędkarz chwyta za kije wyposzczony po długiej, zimowej przerwie. Jest niecierpliwy, nie może doczekać się wprost tej pierwszej ryby! Jesienią zwykle kończy sezon, często wieńcząc go jakimś mocnym akordem...

Jesień bywa rozmaita. Nieraz jest złota, kolorowa, cudowna. Tak jakby aura nadrabiała wszelkie zaległości. Pozwala nacieszyć się jeszcze ładną pogodą, nasycić oczy barwami przed zimową pustką. Ta szara, słotna - dręczy niżową przeplatanką. Szybko uprzykrzy się, czyniąc przez to nadejście zimy bezbolesnym. Jesień ma różne oblicza.
Ta noc od początku zapowiadała się paskudnie. Mżył drobny, nieprzyjemny, deszczyk. Wszystko wokół stało się mokre, mażące się, wstrętne. Na domiar złego przyplątała się jeszcze migrena. Nie, to nie była przyjemność. Leżałem na trawie przykryty peleryną i zastanawiałem się, czy nie lepiej zrezygnować...

Kwadrans przed dwudziestą, szczyt wędki zakołysał się gwałtownie! Natychmiast wyrwałem kij, zaczepiając przy tym o pelerynę. Doczekałem się wreszcie sandacza! Zaciąłem i... nic. Za wcześnie...

Jesień 5

Postawiłem ponownie na ten sam filecik i pilnowałem teraz w napięciu. Emocja minęła, migrena jakoś też dziwnym trafem. Oczekiwanie nabrało sensu; wziął - więc żerują! Warto zostać. W każdej chwili spodziewałem się następnego, gwałtownego skłonu kija, lecz nic się nie działo. Pomyślałem - weźmie za dwie godziny. Właśnie dochodziła za kwadrans dwudziesta druga i... jakby w odpowiedzi przeraźliwy terkot kołowrotka poderwał mnie na nogi! Przygięcia końcówki nie zauważyłem, widocznie patrzyłem za bardzo wzdłuż kija. Chwyciłem warczącą wędkę, jeszcze oddałem kilka metrów żyłki, targnąłem i... o psiakość, znowu pudło!!! Wyciągnąłem zmaltretowany filecik... No tak, ostrze haka nie wyskoczyło na zewnątrz...

Powoli, ślimaczym ruchem wlokły się wskazówki zegarka, niechętnie odmierzając minuta po minucie czas pozostały do świtu. Kilkakrotnie zapadałem w krótką drzemkę; niesamowicie dłużą się te noce jesienne! Sandacz nie dał więcej znać o sobie. Daremne, bezsensowne umartwianie się...
Rano okazało się, że obie gruntówki nie pracowały; jedna stała za blisko, na płyciźnie, na drugiej goły haczyk sterczał bezwstydnie... Czyż mogłem więc mówić o pechu?
1971

*
Polowałem na jesiennego szczupaka. Miałem dwadzieścia żywczyków w wiaderku i cały dzień przed sobą. Zapowiadał się wspaniale. Była przecudna, październikowa niedziela. Jasnobłękitne, bezchmurne niebo i bladozłota, słoneczna kula. Babie lato. W ciepłym, nagrzanym powietrzu unosiły się ostatnie owady. Tylko horyzont zasnuty mgiełką i snujące się po zeschłych chwastach pajęczyny przypominały, że to już jesień...

Bez pośpiechu przestawiałem żywcówki z miejsca w miejsce. Szukałem szczupaków i okoni. Zielsko już dawno zgniło i opadło na dno. Rzeka była szeroka i pusta. Jej zielonkawa, lecz przeźroczysta woda przepuszczała słoneczne promienie pewnie aż do samego dna. Może dlatego szczupaki nie brały?

A nie brały! Mimo że inne ryby korzystały z ciepła ostatnich słonecznych promieni. Pod wierzchem zamigotały srebrzyście drobne płotki, tu i tam chlupnął karpik, ale szczupaki nie brały, ani na moje, ani na czyjekolwiek żywcówki. Po prostu "nie było dnia na nie" - tak to określił napotkany znajomy. Wracał właśnie do domu bez ryby w siatce.
Nie chciałem jeszcze wracać, ostatni pociąg miałem po dziewiętnastej. Cieszyłem się więc pięknym dniem, a to że wrócę z niczym - trudno, tak też bywa... Kiedyś w tych samych miejscach, też w październiku, i też przy podobnej pogodzie złowiłem na żywca kilka pięknych, pękatych okoni. Teraz liczyłem na powtórkę - jednak i okonie nie brały. Dziwne...

Minęło południe, zbliżał się wieczór. Coraz więcej wędkarzy zwijało sprzęt. Jeden niósł z dumą w siatce karpia. Miał powód do zadowolenia. Ale szczupaki nie brały nikomu, chyba naprawdę "nie było na nie dnia". Spenetrowałem dokładnie swoimi żywcówkami spory odcinek rzeki. Stawiałem pod jednym i pod drugim brzegiem, z dużego gruntu i "w pół wody". Pozwalałem płynąć spławikom swobodnie środkiem rzeki - wszystko na próżno, daremny trud. Nie chciałem wprost wierzyć: - taki kawał wody i nic?!! O tym, że są tu szczupaki, i to spore, nie wątpiłem. Dlaczego nie brały? Czyżby tamten wędkarz miał rację?

Jesienne słońce zniżało się nad horyzontem. Zachodziło dużą, czerwoną kulą. Malowało purpurową zorzę, wspaniale oświetlając delikatne obłoczki, które pojawiły się na niebie tuż przed wieczorem. Na tle wieczornego nieba gałązki krzewów odcinały się wyraziście czarnymi kreskami, a ostatnie liście w nieruchomym powietrzu wyglądały jak wycięte z czarnej blachy. Jeszcze jeden pożegnalny odbłysk od gładkiej tafli wody i ogromna czerwona kula wsuwa się za horyzont. W cieniu robi się chłodniej, nad łąkami wstają subtelne, białe mgły.

Jesień 4

Patrzę na zegarek - jeszcze piętnaście minut, później trzeba będzie pakować się pomału. Muszę doliczyć przecież czas dojścia na stację kolejową. Wypuszczam resztę żywczyków i wylewam wodę z wiaderka. Nie będą już mi potrzebne, wystarczą te dwa na wędkach, by nadać sens ostatnim chwilom łowienia. Nagły łomot z prawej strony pod brzegiem! Cóż to? Wpadł ktoś do wody?! Odwracam głowę i widzę rozchodzące się coraz szerzej kręgi. Co to było? Ptak? Szczur wodny? Ryba???

Znów plusk przerywa brutalnie ciszę, tym razem w innym miejscu. Tylko drapieżnik tak bije o wodę! To szczupak się ruszył! Nie ma przecież boleni w tej rzece! Szybko patrzę na zegarek - jeszcze dziesięć minut łowienia. Gdzie więc postawić żywcówkę? To czysta loteria w tej chwili! Tam, rzucę pod drugi brzeg, chyba tam właśnie... Chlupot z prawej strony pod krzakiem! Ależ walnął!!!

Stawiam tam bez wahania, może weźmie, może jeszcze zdąży wziąć w ciągu tych... już nawet nie ośmiu minut. A jak weźmie, będę musiał poczekać nim zatnę, spóźnię się - pociąg odjedzie, a następny... następny dopiero przed trzecią rano...

Znów głośny łomot, prawie pod nogami! Co jest?!! Cały dzień uganiałem się za tymi szczupakami - nie brały... Nadrabiają zaległości, czy może... drwią ze mnie?! Jeszcze pięć minut. Ten pod krzakiem nie bierze. Czy jest tam jeszcze? Jest, akurat zakotłowała się woda, tyle że dwa metry dalej... "Nie ma dnia na nie"? Czy aby na pewno?!! Teraz właśnie przyszła pora!!! Tak, tylko, że to już właściwie nie dzień, zaraz będzie ciemno!
Cztery minuty. Muszę pakować manatki. I tak już będę "szedł prawie biegiem". Teraz, nawet jeżeli już weźmie, to mam za mało czasu... Chyba, że zrezygnuję z powrotu tym pociągiem... Trzy minuty. Muszę spakować przynajmniej jedną wędkę, tylko którą? Łomot pod drugim brzegiem, aż woda bryznęła! Spory, widziałem go. Co najmniej dwa kilo - może by mu tam rzucić? Dwie minuty! Spinning byłby łowniejszy w tej sytuacji, nie żywcówka. Rzucę tam, mimo wszystko, zobaczę czy weźmie...
Nie wziął. To byłoby zbyt piękne, ale na pociąg zdążyłem i tak!
1973

*
Powietrze było chłodne. Wkradając się pod kurtkę, wywoływało dreszcze. Po bezskutecznym nocnym markowaniu miałem prawie dosyć, lecz z pierwszym brzaskiem zaczaiłem się jeszcze na szczupaki. Noc skończyła się chłodem. Zmarzłem i z utęsknieniem wypatrywałem pierwszych słonecznych promieni.

Gdzie mogą być ryby o tej porze? Na płyciznach, po chłodnej nocy - tam chyba nie mam czego szukać. Szczupak siedzi raczej na głębszej wodzie. Ale z pewnością niedaleko zarośniętej zielskiem płycizny! Jesienne słoneczko uczyni ją w ciągu dnia atrakcyjną dla drobnicy. Być może płotki zapragną ciepła tych słonecznych promieni i będą wygrzewać się leniwie wśród wodorostów. Wspaniała to gratka dla szczupaka. Trzeba więc znaleźć takie głębokie, zaciszne miejsce w sąsiedztwie płytkiej wody i zielska.

Właśnie w takim miejscu łowiłem. Sanna wpływała tu długą, głęboką odnogą, do płytkiego, rozległego stawu. Kiedyś był to staw młyński. Teraz nieczynny od lat młyn i elektrownia pozostały jedynie zabytkowym budynkiem, nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu. Tylko śluza pozostała. Piętrzyła po dawnemu wodę i zwalniała jej bieg. Dzięki temu było tu dość głęboko.

Założyłem dorodnego kiełbia i rzuciłem na środek koryta. Latem rosły w tym miejscu gęste zarośla grążela, jeszcze teraz widać resztki obumarłych liści. Drugą żywcówkę ustawiłem z całą precyzją. Wgramoliłem się na drewnianą kładkę, leżącą wśród szuwarów. Była śliska, trochę ze starości, a trochę i od porannej wilgoci. Założyłem srebrną płoteczkę i przerzuciłem ponad przybrzeżnymi chaszczami. Spławik upadł koło kępki rdestnicy, a raczej koło jej resztek, na granicy nurtu i płytkiej wody stawu. Właśnie o to mi chodziło! Przyglądałem się przez chwilę spławikowi zanim przykrył go obłoczek porannej mgiełki. Zadowolony wróciłem do pierwszej wędki. Gdzie spławik?! Nie było go na powierzchni!

Jesień 2

Rozglądałem się nie dowierzając jeszcze, myśląc, że to raczej żywiec zaciągnął zestaw w przybrzeżne zielsko. Zobaczyłem w końcu czerwoną gałkę, jakieś pół metra pod gładką powierzchnią. Tkwiła tam prawie nieruchomo, lekko kołysana leniwym prądem wody. Szczupak - czy tylko zaczep? Postanowiłem poczekać trochę. Po kilku minutach, wciąż nie wierząc, by tam coś było, napiąłem lekko żyłkę - buchnęła chmura burego mułu z przegniłego zielska i z wody wyprysnął pusty haczyk...

Tymczasem dzień wstawał na dobre, choć słońce nie mogło się wciąż przebić przez gęstniejące opary mgły. Pojawili się wędkarze, mijali mnie i rozkładali sprzęt nieco powyżej mojego stanowiska. Prawie wszyscy z żywcówkami, na szczupaka.
Spojrzałem w kierunku drugiego spławika. Ledwo go było widać: zwiewne obłoczki to zasłaniały go, to odsłaniały. Naraz drgnął, podskoczył lekko i pomknął skosem. Płotka go tak nie ciągnęła z pewnością! Jeszcze moment i poszedł do dna!

Luźne zwoje żyłki przesunęły się, rozprostowały, napięły... Ruszyły raptem tnąc wodę! O, już i końcówka gnie się. Wziął!!!
Wylazłem na kładkę natychmiast. Do zacinania było jeszcze sporo czasu, ale należało teraz wędki pilnować. Żyłka wprawdzie rozwijała się gładko i bez przeszkód znikała pod wodą, lecz bałem się, aby o nic nie zaczepiła. Szkoda byłoby zmarnować tę szansę! Spławik wkrótce wypłynął, ukazał się na powierzchni kilka metrów dalej. Nie miałem jednak tym razem wątpliwości, że szczupak jest tam jeszcze: czerwona bojka uniosła się zanurzonym dotąd końcem, położyła, przez chwilę jeszcze jeździła po gładkiej tafli tam i z powrotem wahadłowym ruchem i dała nura pod wodę! Znów żyłka wyprężyła się i warknął kołowrotek. Zburzył ciszę ostrym, przeraźliwym terkotaniem. Teraz to już musiałem złowić tego szczupaka. Terkot kołowrotka zwracał uwagę, alarmował, że coś się dzieje - nie mogłem się zbłaźnić.

Napięta żyłka sięgnęła zarośli pod brzegiem i znieruchomiała. Ciąć czy czekać dalej? Skróciłem żyłkę i zaciąłem mocno. Siedzi! - odnotowałem to z satysfakcją - ale w zielsku, głęboko, gdzieś przy samym dnie. Napinam żyłkę i podszarpuję. Minuta, może dwie niepewności - wreszcie coś chrupnęło, zielsko pękło i szczupak wypłynął, wlokąc za sobą długie, burozielone łodygi. Dalszy hol, na czystej wodzie to już była fraszka. Powoziłem go trochę w lewo i w prawo, a widząc, że słabnie przybliżyłem do kładki.

Słońce przedarło się wreszcie przez mgły i liznęło wodę, ożywiając ją złotymi refleksami. Zrobiło się piękniej i cieplej, i... ciaśniej nad wodą. Właśnie schodzili się kolejni wędkarze. Miałem wkrótce sąsiadów i z lewej, i z prawej strony. Skończyła się swoboda i dowolność w wybieraniu miejsc na kolejne postawienie wędki. Czegóż jednak mogłem oczekiwać w sobotni poranek? A łowienie szczupaków wymaga szukania, aktywności!

Szkoda mi się zrobiło tak pięknie rozpoczętego dnia: siedzieć tu dalej przez kilka godzin? Lepszy już będzie dłuższy spacer z żywcówką. Pójdę w dół rzeki, spenetruję zakręty na łąkach!

Pusto i cicho jest na łąkach jesienią. Szedłem od zakrętu do zakrętu, stawiałem żywcówki. Ten dołek prawie ze wszystkich stron otaczały zwarte wikliny, zagradzały drogę do rzeki widocznej teraz przez prawie bezlistne gałęzie. Mam długą wędkę, po cóż więc schodzić do samej wody, przerzucę górą...

Z głośnym dość plaśnięciem padł żywiec tuż obok nurzających się w nurcie wiklinowych gałęzi. Kolorowy spławik zakręcił się i... Co tu robi ten karp pod spławikiem?! Ależ to nie karp, tylko ogromne klenisko!!! Ze zdziwieniem rozpoznałem rybę i prawie zamarłem z emocji. Ale kleń nawet nie ruszył kiełbika. Obejrzał sobie dokładnie spławik, jakby go obwąchiwał, zrobił przy tym zeza wielkimi oczami. Trwało to może sekundę, a może jeszcze krócej. Stwierdziwszy nie tylko niejadalność, lecz podejrzaną obcość czerwono-zielonej bojki odwrócił się ogonem i śmignął pod wiklinowe gałęzie! Miał dobrze ponad dwa kilo... Więc są tu jeszcze takie w tej rzece!

Jesień 1

Szedłem dalej. A ten zakręt w kształcie litery "S"? Nie ominę go obojętnie! Głęboki dołek intryguje: powinno coś drapieżnego w nim siedzieć! Zastanawiająca jest też ta jego symetria. Przez środek przecina go skosem warkocz bystrej wody, po obu stronach zwarte, jakby bliźniacze wiklinowe krzaki, pod nimi takie same, symetrycznie położone zakątki z wirami i całkiem gładką, spokojną wodą. Podobne do siebie jak odbite w zwierciadle. Takie miejsce zwraca uwagę, choćby swą odmiennością. Lecz nie tylko - intuicyjnie wyczuwa się rybę...

Ustawiłem grunt na dwa metry, założyłem na hak niewielkiego jelca i rzuciłem w ten cichy kącik pod drugim brzegiem, tuż obok wystających nad wodę gałęzi. Spławik z miejsca jakoś dziwnie się ustawił. Pewnie żywiec na dnie leży - pomyślałem - i pociągnąłem troszkę ku sobie. Coś szarpnęło, spławik płynął teraz unoszony prądem i... zniknął. Dostrzegłem go. Stał pionowo pod wodą, drgając lekko. Wyglądało to początkowo na zaczep, ale nie, przesunął się nieco w prawo i zniknął na dobre!

Czekałem jakieś dwie minuty. Szczupak wysnuł dwa metry żyłki. Bałem się, że w krzak idzie, więc zaciąłem. Jak się później okazało, szedł pod prąd, wracał do swojej kryjówki, by tam spożyć żywczyka w spokoju. Hol nie trwał długo, nie było zresztą powodu do większej celebry. Tuż pod brzegiem szczupaczek skoczył w powietrze, wywinął salto, plusnął i... już zupełnie spokojnie wjechał na trawę. Taki sobie śledź, ale grubiutki.
Założyłem nowego żywczyka. Po kwadransie historia prawie się powtórzyła: znów jakby zaczep, spławik wpierw całkiem przykryła woda, później wypłynął i utkwił nieruchomo przed końcem dołka. Jednak to był zaczep prawdziwy. Ledwo udało mi się uratować zestaw zaczepiony o jakąś gałąź...

Postanowiłem na zakończenie łowów dojść do następnego spiętrzenia na Łążku. Dotarłem tam po godzinnym marszu. Woda tu była także głęboka, wstrzymywana śluzą, lecz nie tak zarośnięta i pełna obietnic jak w Zaklikowie. Z pewnością były tu także szczupaki!

Rozstawiłem żywcówki i siadłem na trawie. Pochwała lenistwa, błogi odpoczynek... Słońce już ostro świeciło, rozklejało... Byłem też nieco zmęczony forsownym marszem z całym oporządzeniem. Najchętniej wyciągnąłbym się teraz wygodnie na trawie, porozkoszował ciepłymi promieniami słoneczka... Nagle wydało mi się, że nie ma spławika! Przeniosłem więc drugą wędkę w inną część dołu i siadłem w oczekiwaniu. Minęło kilka minut - czas to wystarczający - należało zaciąć szczupaka. Wpierw jednak chciałem jeszcze raz przestawić tę drugą żywcówkę. Podszedłem do niej, zacząłem zwijać i... poczułem, że jest!

Nie wiem, kiedy wziął, czy zaatakował małego kiełbika dopiero podczas zwijania, czy też chwycił go wcześniej, a potem stał spokojnie? Szczupak nie był duży. Bez większych emocji wyholowałem go na trawę. Smukły, pasiasty i wziął tak nieoczekiwanie. Prezent.
No druga wędka? Co z nią? Alarm okazał się fałszywy: spławik stał sobie najspokojniej obok dużego liścia, to tylko żywczyk go tam przesunął.
1984

*
Wspomnienia...
Dobrze, że notatki zostały.
Rzeka zmieniła się. Dziś nie ma już drugiego piętrzenia na Łążku, wodny tartak dawno nie pracuje, śluzę rozebrano, poziom wody jest tam niższy. Młyn zaklikowski wyremontowano, wygląda teraz zupełnie inaczej, jest w nim hotel i bar, ale elektrownia pozostała. W miejsce drewnianej śluzy właśnie budowany jest jaz betonowy. Jest inaczej, mniej dziko i chyba trochę mniej romantycznie. Rzadziej tam teraz zaglądam. No i nie łowię już szczupakόw żywcόwką - spinning zadowala mnie w zupełności - oby tylko czasu wystarczyło na to wędkowanie...

2007

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusOpen source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooŚwiat Druku - ciekawe linkiBlog o CMSOdoometki tekstylne i żakardowe