Lewe menu


Right menu

Szukaj


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Publicystyka/Marcowe pstrągi... 

Marcowe pstrągi czyli o pstrągowo-miętusowej wyprawie i o wiosennym falstarcie

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 7697 
Komentarzy: 0 
ID: 10793 
Węzeł: 9064 
Szumy na Tanwi

Ocknąłem się zanim zadzwonił telefon. "Co to za dziwne pacnięcie o parapet?" - pomyślałem. Wyglądam przez okno - biało! Wieczorem kropił tylko drobny kapuśniaczek, teraz mokry śnieg wali na całego gęstymi płatkami! Nasypało już kilkanaście centymetrów. Z dachu co chwila spadają mokre płaty. A jeszcze wczoraj była piękna, marcowa wiosna, fruwały pierwsze motyle...

Maciek zjawia się punktualnie. Pijemy gorącą herbatę i analizujemy sytuację. Odpuścić, odłożyć wyprawę - tak podszeptuje rozsądek, zwycięża jednak irracjonalny "wędkarski optymizm".

Mały fiat "Ritmo" z trudem brnie po ośnieżonej szosie. Nie śpieszno nam zresztą, liczymy wciąż na "wyjaśnienie pogody". Pierwsze górki, gdzieś w okolicy Wysokiego, okazują się nie do pokonania. Lekki samochodzik bezradnie buksuje w mokrym śniegu. Zjeżdżamy na pobocze - to nawet nie połowa drogi!

- Poczekajmy, już nie pada, zaraz przejedzie kilka ciężarówek i rozjeździ to wszystko - Maciek jest najwyraźniej optymistą. Ruszamy dalej po godzinie, jest już jasno, mimo to ruch niewielki - to przecież sobota. Mijamy w końcu Biłgoraj i skręcamy na Aleksandrów. Wkrótce też jesteśmy na miejscu - w Sigle, Szum, niewielka roztoczańska rzeczka przecina tu szosę. Prawobrzeżny dopływ Tanwi. Zaraz za mostkiem zjeżdżamy na pobocze. To taki pierwszy przystanek, na początek, dla rozruszania. Wyskakujemy z samochodu, pośpiesznie wkładamy buty, montujemy spinningi. Przed nami niewielki, spiętrzony odcinek Szumu, małe rozlewisko poniżej mostka i młynówka. Dalej tartak wodny. Mało atrakcyjnie dla pstrągarza, taki sobie kanał...
Woda dość wysoka, lecz szczęśliwie lekko tylko zmącona, w mętnej pewnie nic byśmy nie zdziałali - pstrągi nie spostrzegłyby naszych błystek. Podchodzimy ostrożnie, schyleni, rzucamy z pozycji klęczącej. Znów robi się ciemno, gęste płaty śniegu lecą nam na głowy. Wełniane czapeczki przemakają prawie natychmiast.

Pierwsze rzuty, czujne, ostrożne, pełne napięcia. Małe, srebrne wahadłóweczki lecą aż pod drugi brzeg rozlewiska, suną zygzakami nad porośniętym moczarką dnem. Plusk, gejzer wody z prawej strony! Maciek ma pstrąga! Niezły okaz, ostro młynkuje. Minuta kotłowaniny i ląduje na brzegu. Czterdziestak, prześlicznie ubarwiony, brzuch żółty, grzbiet ciemny, kropek niewiele, ale za to czerwień obramowana błękitem. Nie mogę go jednak obejrzeć, bo sam też holuję! Pstrąg zwija się, "kręci bąka" wokół własnej osi, kłapie paszczą. Nieco mniejszy, ale szeroki. Dwa rzuty - dwa pstrągi, czy to nie pięknie?! Jest i trzeci, wyskakuje zza pala, tuż pod brzegiem - znowu Maciek. Nie pasuje rozmiarami do poprzednich, wraca z powrotem do wody.
- Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zrobimy komplet - mówię. Następnych brań jednak nie ma. Przeszukujemy starannie ten krótki odcinek aż do spiętrzenia - nic. Daremnie.

Szkoda czasu, jedźmy na jeziorko do Górecka!
Miniaturowy zbiorniczek w lesie. Wysoka zapora ułożona z wapiennych kamieni. Miała tu być elektrownia wodna, skończyło się na jeziorku. Rozchodzimy się po obu brzegach. Idziemy w górę zbiornika, rzucając to przed siebie - w głąb, to na boki - pod nawisy gałęzi. Zmieniamy wahadłóweczki na większe, później na obrotówki - nic. Pachną jodły, jest całkiem przyjemnie i nie pada. Zbiorniczek wypłyca się i zwęża. Po godzinie rzucania spotykamy się ponownie, stojąc na przeciwległych brzegach. Wystające z wody pniaki, resztki zalanego lasu - może tu? Rzucamy na przemian: urywam złotą obrotówkę...

Dosyć, jedziemy na Tanew, jest to główny cel dzisiejszego wypadu. Tanew, przepiękny puszczański odcinek. Rzeka wije się pośród łąk, porośniętych zeschłą jeszcze trawą, trasę jej znaczą olchy i wikliny. Po obu stronach doliny wysokie, strome brzegi, na nich strzeliste jodły - chyba już tylko tutaj takie zostały... Spokój, nikogo wokół, tylko ptaki i zwierzyna leśna. Spłoszyliśmy kilka saren. Woda w sam raz: nie za duża - nie za mała, krystaliczna, chłodna. Piaszczyste dno. Zakręty, jamki, zwalone pnie, podmyte skarpy, oblizywane wartkim nurtem korzenie drzew, kłody leżące w toni oraz spokojne głęboczki o spowolnionym prądzie - oto kryjówki pstrągów. Nurt to wlewa się do głębokiej jamy, to odbija gwałtownie, kręci, kotłuje i sypie piaskiem. Jest gdzie szukać kropkowańca

Maciek w woderach przechodzi na drugą stronę - tak będzie lepiej, nie będziemy sobie przeszkadzać, a w razie zaczepu jeden drugiemu uratuje błystkę. Spinningujemy starannie, przykładamy się. Ciche podejścia, prawie na czworakach i nie za blisko. Pierwszy rzut musi być celny, każdy następny to już mniejsza szansa. Z początku robimy to jednak zbyt nerwowo, nie tak jak należy, błystka nie zawsze leci tam gdzie powinna, czasem pada o te pół metra od celu. Wiadomo - zimowa przerwa. Ale już po godzinie rozkręcamy się, rzucamy "na luzie", spokojnie. Zwykle pierwszy rzut, oddany na klęczkach, z dala od brzegu, przysparza nieco emocji, następny już mniej, a ten trzeci - to tylko dla wprawy i satysfakcji z celności. Dobrze dobrana obrotóweczka pozwala unosić się wodzie, zgodnie z kaprysem jej nurtu, nie za płytko. To przykleja się do burty, to ociera się o dno, to znów tańczy w wirach. Zmieniam ją na małą, matową wahadłówkę. Ta idzie głębiej nieco, bliżej dna, lepiej zagląda pod zwalone kłody. Urywam ją w końcu. Zakładam znów obrotówkę, potem maciupkiego, kolorowego woblerka - ten pozwala nieść się wodzie, wciskając się pod przybrzeżne nawisy. Wszystko na próżno, nic nie bierze i już. Niepostrzeżenie mija tak kilka godzin, pora zrobić przerwę. Jemy kanapki, pijemy herbatę, patroszymy pstrągi. Co dalej? Do wieczora jeszcze sporo czasu, niebo pochmurne, na razie jednak nie pada, ileż może zresztą padać! Jedziemy jeszcze w dół rzeki, w stronę Borowca. A woda tam cudna, brzegi wyższe, zakręty, sporo zwalonych drzew. Pstrągi, pstrągi, gdzie jesteście?

Robi się szaro. Z żalem przerywamy łowienie - nie będzie kompletu... Co dalej? Według zamierzonego planu mamy przenocować nad wodą poniżej pstrągowego odcinka i zapolować tam na miętusy. Zabraliśmy stosowny do tego sprzęt, gruntówki, ciężarki, dzwonki. Rosówki też nazbierane...
Mały samochodzik Maćka z trudem brnie przez leśne wykroty. Dalej już tylko na piechotę, niedaleko zresztą. Znajdujemy w końcu to, o co nam chodzi - kilka zakrętów, jakieś krzaki, głęboczki. Wpierw wędki - niech już stoją. Zakładamy dzwoneczki i dopiero teraz znosimy resztę sprzętu, plecaki, stołeczki, wziąłem nawet butlę z gazem, by podgrzać specjalnie na tę okazję przygotowaną cielęcinę z ryżem.
Zmierzcha, robi się fioletowo. Ptaki, które odezwały się przed wieczorem, wróżąc poprawę pogody, milkną. Milczą też dzwonki. Siedzimy tak, przebijając wzrokiem gęstniejącą ciemność, pijemy herbatę, snujemy plany na jutro.
Pierwsza kropla może być jeszcze złudzeniem, druga i dalsze rozwiewają wątpliwości - znowu pada! Drobny, jednostajny deszcz. Czy tego już nie za wiele?! Mamy peleryny, oczywiście, ale co będzie, gdy znów śnieg spadnie? Bez koni nie wyjedziemy stąd! Trudno, zwijamy obozowisko. Bez większego żalu zresztą, bo pada na całego!

W samochodzie jest przytulnie, ciepło i sennie. Monotonnie mruczą wycieraczki, koła usypiająco szumią po mokrym asfalcie. Trochę błądzimy po pustych szosach, trzeba gdzieś przenocować. Docieramy wreszcie do Sigły, miejsca porannych łowów. Spróbujemy tu znowu rano, teraz spać. Rozkładamy siedzenia i zasypiamy prawie natychmiast w mokrych swetrach. Budzimy się zziębnięci i zesztywniali, grubo przed świtem. Jest zimno, na szybach rozpływa się wilgoć, przemoczone ubrania nie wyschły. Herbata w termosach dawno wystygła i ma wstrętny smak. Nowej gotować nam się nie chce. Oby dotrwać do świtu, przeczekać najgorszą porę.

Dnieje. Niezgrabnie gramolimy się na zewnątrz, dzwoniąc zębami. Kilka przysiadów, skłonów i wymachów ramion dla rozgrzewki. Uzbrajamy spinningi i do dzieła. Długo i dokładnie penetrujemy wczorajszy odcinek - nic, aż się wierzyć nie chce, że tu mogą być pstrągi. Woda od wczoraj przybrała i zmętniała; nic nie zwojujemy, trzeba wracać. Przemoczone ubrania obsychają dopiero po dłuższej jeździe, kiedy już prawie mijamy rogatki uśpionego miasta. Wokół leży mokry śnieg, na ulicach kałuże. Lublin śpi. Jest niedziela rano! Ależ z nas idioci!
1981

p.s.
Od tamtej wyprawy minęło przeszło ćwierć wieku. Od dawna łowię bez zimowej przerwy, a pierwsze wyprawy pstrągowe rozpoczynam pierwszego stycznia. I żaden śnieg, wiatr czy inna zawierucha nie robi na mnie specjalnego wrażenia. Jestem lepiej wyposażony, przez lata przybyło mi wędkarskiego doświadczenia. Sprzęt mam lepszy, większą wiedzę o pstrągach. Tylko tych pstrągów coraz mniej w rzekach. Zmienił się także Szum w Sigle. Powyżej mostu drogowego, gdzie do niedawna trudno było dojść do wody poprzez chwiejące się bagnisko, zbudowano zalew. Nie ma tego uroku leśnego jeziorka, jak zbiornik w Górecku. Razi sztucznością, wygląda jak duży staw. Poniżej mostu, tam gdzie łowiliśmy z Maćkiem pstrągi także zrobiono zbiornik. Pływa nawet po nim barka z barem...

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusOpenERPOpenERPMetki odzieżoweSystemy CMS eZPublishSystemy CMS