Lewe menu

Dyskusje


Right menu


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Publicystyka/UWAGA - Konkurs!!! 

UWAGA - Konkurs!!!

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 1361 
Komentarzy: 1 
ID: 13204 
Węzeł: 11246 

Redakcja Nieregularnika Stowarzyszenia Wędkarzy Internautów, kontynuuje na łamach naszego czasopisma, konkurs skierowany do czytelników.
Ideą konkursu - zgadywanki, jest propagowanie literatury o charakterze wędkarskim, ogólnie dostępnej na polskim rynku czytelniczym.
Zadaniem konkursowym jest odgadnięcie i podanie tytułu oraz autora książki, z jakiej podany fragment pochodzi.

W Konkursie mogą wziąć udział wszyscy czytelnicy naszego pisma z wyłączeniem organizatora (Redakcji Nieregularnika), którzy w ściśle określonym terminie opublikują w komentarzu do konkursu znajdującym się na dole strony, prawidłową odpowiedź. O zwycięstwie decyduje data i godzina prawidłowej odpowiedzi.

W przypadkach spornych decyzję podejmuje Redakcja Nieregularnika.

Zwycięzca Konkursu otrzymuje w nagrodę atrakcyjną książkę o tematyce wędkarskiej, ufundowaną przez SWI.

Nazwisko zwycięzcy oraz prawidłową odpowiedź opublikujemy w kolejnym numerze naszego pisma.

Czytelników spoza SWI prosimy o podawanie w odpowiedziach prawdziwego imienia i nazwiska oraz poprawnego adresu internetowego, celem uniknięcia nieporozumień.

Serdecznie zapraszamy naszych czytelników do zabawy i udziału w Konkursie.

Jednocześnie Redakcja Nieregularnika zastrzega sobie prawo zmiany niniejszego Regulaminu lub unieważnienia Konkursu z ważnych powodów, bez podawania konkretnych przyczyn.

Dzisiejsza zgadywanka:

Nurt w przerwie tamy był potężny. Na szczęście woda sięgała mi zaledwie nieco powyżej kolan. Posuwałem się ostrożnie, krok po kroku, aby nie stracić rόwnowagi, bo wόwczas kąpiel gotowa.
Wreszcie ostatni krok i stanąłem na wysepce między przerwami. Objąłem spojrzeniem wodę, na ktόrej miałem łowić. A potem spojrzałem na pana Chwaścika. Skinął mi z uznaniem głową i widziałem, że coś do mnie woła, ale nie mogłem nic słyszeć, taki był tu szum. Byłem na szczycie jakby olbrzymiego trόjkąta, ktόrego ramiona stanowiły bystre strugi odchodzące daleko na wodę, a między tymi ramionami była dość spokojna zielona toń, w ktόrej woda kotłowała się leniwie, tworząc niegroźne, ledwo zaznaczone wiry. I gdy tak patrzyłem na tę zieloną toń, wyskoczył z niej łukiem nieduży szczupaczek, a w tym miejscu, skąd wyskoczył, woda wzburzyła się. Widać było tam coś większego od niego, przed czym uciekał.
Ręce drżały mi z emocji, pośpiesznie rozwijałem sznur, przywiązałem go do kija, ktόry zaraz wbiem głęboko w moją wysepkę. Założyłem za grzbiet klonka i z lekkim rozmachem, aby się nie zerwał, zarzuciłem w nurt po prawej stronie. Woda porwała żywca i duży korek od butli, pociągając za nim sznur. Zostawiłem kilka metrόw zapasu i zahaczyłem o wystający patyk, aby w razie czego „oddać zapas”, jak mnie poinstruował pan Chwaścik w drodze na stację. Sznur naprężył się, a wόwczas korek spłynął na ową spokojniejszą wodę i zaczął na niej balansować w lewo i w prawo. Trwało to zaledwie kilkanaście sekund. Korek nagle skrył się pod wodę i zanurzony zaczął płynąć w moją stronę. Jest! Jest! – wszystko we mnie śpiewało, krzyczało radośnie. Chwyciłem za sznur i zacząłem ciągnąć. Czułem ruchliwy opόr na naprężonym sznurze, ciągnąłem coraz śpieszniej, chciałem go już mieć na tamie, tego pierwszego w życiu szczupaka. Po chwili ukazał się pod moimi nogami zielony, czerwonopłetwy, z ciemniejszymi plamami na bokach. Nieduży był. Schyliłem się, by go uchwycić palcami pod skrzela, jak to nieraz robiłem z wyrzuconym przez ojca na brzeg szczupakiem. Ale o sekundę wcześniej szczupak rozdziawił paszczę pokazując białe podniebienie, błysnął brzuchem i śmignął w głębię. Pusta kotwiczka wyprysnęła nad wodę, a na wodzie zabielał martwy klonek, ktόrego prąd zaraz zaczął znosić.
Usiadłem z wrażenia i z pustą kotwiczką w ręku patrzyłem osłupiały na wodę. A potem spojrzałem na brzeg, jakbym tam chciał znaleźć wyjaśnienie tego, co się stało.

(...)

Założyłem klonka i jak poprzednio puściłem go z korkiem w nurt. Gdy tylko korek znalazł się daleko na głębinie, nagle znikł, jakby weń strzelił piorun. Nie wierzyłem własnym oczom. Ale w następnej chwili radość rozsadzała mi pierś. Jest! Jest! Ten będzie mόj! Pociągnąłem za sznur. Poczułem potężny ciężar. O wiele trudniej było teraz ciągnąć. Ryba opierała się wściekle. Potem jakby osłabła, pozwoliła się ciągnąć prawie bez oporu. Do tamy przypłynął, trzymając w poprzek klonka, bury i gruby szczupak o złych, okrutnych oczach. Kiedy drżąc cały pochyliłem się, aby go wciągnąć na tamę, rozwarł paszczę. Kotwica wraz ze zmiażdżonym klonkiem wyskoczyła miękko, a on trzepnął ogonem u moich stόp, zalał mi wodą oczy, a gdy je rękawem otarłem, woda była już pusta, jakby to, co się działo przed chwilą, było złudzeniem. Zamiast dwukilowego szczupaka miałem w ręku pustą kotwicę, z ktόrej spadł mi pod nogi martwy klonek. Widziałem na nim głębokie ślady zębόw.

(...)

Bez nadziei już założyłem trzeciego klenia i przyrzekałem sobie, że jeśliby mi Opatrzność jeszcze raz nastręczyła szczupaka, tobym czekał i patrzył na pana Chwaścika, aby mi dał znak, kiedy mam ciągnąć.
Nastawiłem plecy do słońca, ktόre zaczynało już łagodnie grzać, i zamknąłem oczy. A gdy je otwarłem, na prόżno wypatrywałem na wodzie korka. Przetarłem oczy kułakiem, bo nie wierzyłem w to, co mi zaczynało kołatać nieśmiało po głowie. Usłyszałem trzask patyka, na ktόrym był zaczpiony zapas. Serce zabiło mi mocno. Chwyciłem za sznur i pod wpływem pierwszego odruchu chciałem pociągnąć. Ale opanowałem się, oddałem trochę zapasu i trzymałem sznur miękko w ręku. Popatrzyłem na pana Chwaścika.
(...)

Korek wyprysnął na wierzch i chwiał się bezwładnie. Koniec. Koniec przygody, pomyślałem zgnębiony. Ale oto podskoczył i znikł po raz drugi. Zrobiło mi się gorąco, czułem pot na czole. Otarłem czoło i znόw spojrzałem na pana Chwaścika, czy nie mam już ciągnąć. Ale on wciąż zwlekał z upragnionym znakiem. Wreszczie skinął głową, a potem miękko pomachał dłońmi od dołu ku gόrze. Pociągnąłem za sznur. Nie czułem jeszcze ryby, ale znόw spojrzałem na brzeg, aby nie było wątpliwości. Pan Chwaścik skinął przyzwalająco głową. A więc wreszcie można.
Zacząłem ciągnąć. Zrazu szło bez oporu, widocznie szczupak powędrował bliżej tamy, gdzie woda najgłębsza. Ale po chwili w tej głębinie zaczęło dziać się coś strasznego. Najpierw poczułem, że sznur jest zahaczony jakby o drzewo i nie daje się ruszyć z miejsca. A zaraz ruszył tak gwałtownie, że musiałem oddawać sznur, bo nie mogłem utrzymać go w dłoniach. Sznur wyprężony przecinał wodę w rόżnych kierunkach. Zrozumiałem, że tam, na dnie, na mojej kotwiczce „siedzi” szczupak potwόr, o jakim rybacy opowiadają legendy. Ogarnęło mnie przerażenie. Ale przecież musiałem trzymać sznur i ciągnąć. Więc ciągnąłem i trzymałem ile sił, a sznur, do ktόrego mogłem mieć zaufanie, wrzynał mi się w dłonie.
Znόw popatrzyłem na brzeg. Pan Chwaścik stał w rozkroku, podparł się rękami pod boki i nie ruszał się, był spokojny. To dodawało mi otuchy. Zacząłem ciągnąć energiczniej, pokonywać opόr metr po metrze. Nagle tuż pod powierzchnią ukazał się łeb i grzbiet, szeroki jak u starego wilczura. Zmierzał w moją stronę. Gdy go przyciągnąłem bliżej, na odległość czterech metrόw, czułem, że włosy stanęły mi dęba. Ciągnąłem więc dalej zesztywniałymi rękoma, ktόre już zaczynały mi omdlewać, i nie wiedziałem, co będzie dalej. A on, ten potwόr rozdziawił wolno paszczę jak jaki krokodyl i pokazał straszliwe, ostre zęby. Zobaczyłem jeszcze, że kotwica tkwi mu gdzieś głęboko w tej paszczy. I pomyślałem – czego pόźniej nie mogłem zrozumieć, że mi to przyszło do głowy - pomyślałem, że nie trzeba mi takiego potwora, że mόgłby być mniejszy, bo i co teraz z nim zrobię. I zaraz stało się to najgorsze. Jakby los obraził się na mnie za to, że ofiarował mi taki dar, a ja go w tym decydującym momencie nie chciałem przyjąć. Myśl o tym prześladowała mnie pόźniej przez dłuższy czas, bo już wόwczas byłem przesądy jak każdy rybak.
Przy samym brzegu, gdy trzymając oburącz sznur zaparlem się nogami i w jakimś oszołomieniu ciągnąłem ile sił, on zrobił gwałtowny skręt, stanął dęba łbem na dόł, a ja usiadłem z trzaskiem na patykach i tylko przez mgnienie oka widziałem znikający pod wodą olbrzymi kadłub, zakończony szerokim, rudym ogonem. I tylko usłyszałem plusk, jakby kto łopatą grzmotnął po wodzie. W ręku pozostała mi urwana stalowa stągiewka.
Rozpłakałem się nagle, a gdy po chwili oprzytomniałem, płakałem dalej i bylem zadowolony, że oni tego z daleka nie mogą widzieć. Toteż siedziałem nieruchomo i pozwalałem łzom płynąć, ale nie wycierałem oczu ani nosa, aby nie domyślili się, że płaczę. Bo nigdy bym się nie przyznał do takiego mazgajstwa.

Dyskusje i recenzje

Pokaż teksty   
   

Często zastanawiam się dlaczego upada czytelnictwo w Polsce. Ludziska zaczęli się przyzwyczajać do wygodnego i bezproblemowego życia. Zamiast czytać lepiej pójść do kina i przyjąć do wiadomości to co reżyser nam zaserwował. A że jest to dalekie od oryginału zawartego w książce, nie mój problem. Ot takie prymitywne wygodnictwo. Książka daje niesamowite wręcz możliwości aby popuścić wodze fantazji i każdy z nas będzie odbierał to na swój sposób. To jest ta istotna różnica pomiędzy daniem szlachetnym, wysublimowanym a bezsmakowym deserem. Smutna konstatacja.
Autor, to oczywiście Ferdynand Zamojski a opowiadanie "Ryby i dziewczyny", pochodzi ze zbioru opowiadań "Ryby zielonych rzek". Ta przepiękna książka może już trochę pachnie starzyzną. Nie ma takich rzek i co gorzej nie ma też takich ryb.

Początek


RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusSystemy CMSNaświetlanie ŁódźSystemy CMSStowarzyszenie Wędkarzy InternautówPrzynęty wędkarskie

Akademia WiedzyPozycjonowanie stron WWW, eZ Publish, Systemy CMSŻbikowski, Żbikowska, ŻbikowscyStowarzyszenia WędkarskiePozycjonowanie, eZPublish, Systemy CMSOpakowania tekturoweŻbikowski, Żbikowska, Drzewo rodzinneNaświetlanie ŁódźWędkarstwo i WędkowanieWędkarstwo