Lewe menu


Right menu

Szukaj


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Publicystyka/UWAGA - Konkurs!!! 

UWAGA - Konkurs!!!

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 7355 
Komentarzy: 1 
ID: 11043 
Węzeł: 9309 

Redakcja Nieregularnika Stowarzyszenia Wędkarzy Internautów, kontynuuje na łamach naszego czasopisma, konkurs skierowany do czytelników.
Ideą konkursu - zgadywanki, jest propagowanie literatury o charakterze wędkarskim, ogólnie dostępnej na polskim rynku czytelniczym.

Zadaniem konkursowym jest odgadnięcie i podanie tytułu oraz autora książki, z jakiej podany fragment pochodzi.

W Konkursie mogą wziąć udział wszyscy czytelnicy naszego pisma z wyłączeniem organizatora (Redakcji Nieregularnika), którzy w ściśle określonym terminie opublikują w komentarzu do konkursu znajdującym się na dole strony, prawidłową odpowiedź. O zwycięstwie decyduje data i godzina prawidłowej odpowiedzi.

W przypadkach spornych decyzję podejmuje Redakcja Nieregularnika.

Zwycięzca Konkursu otrzymuje w nagrodę atrakcyjną książkę o tematyce wędkarskiej, ufundowaną przez SWI.

Nazwisko zwycięzcy oraz prawidłową odpowiedź opublikujemy w kolejnym numerze naszego pisma.

Czytelników spoza SWI prosimy o podawanie w odpowiedziach prawdziwego imienia i nazwiska oraz poprawnego adresu internetowego, celem uniknięcia nieporozumień.

Serdecznie zapraszamy naszych czytelników do zabawy i udziału w Konkursie.

Jednocześnie Redakcja Nieregularnika zastrzega sobie prawo zmiany niniejszego Regulaminu lub unieważnienia Konkursu z ważnych powodów, bez podawania konkretnych przyczyn.

Dzisiejsza zgadywanka:

. ..To było miejsce tradycyjnych powitań z Rzeką. Co roku wchodzili na most z biciem serca. Czekało się zawsze z niepokojem, jaka będzie woda, co za niespodzianki przyniesie. Tego roku szła wysoka. Stanął i pochylony przez barierę słuchał szumu, do którego tak tęsknił w mieście. Marsz od chaty do mostu przyśpieszył mu oddech, starał się go uregulować, zgrać z szumem wody. Wdech, kiedy fala uderzała o słupy mostu. Wydech, gdy na krótko cichła. Wreszcie oddychał równo z głosem Rzeki – tak mu się przynajmniej zdawało...

(...)

...Witaj Rzeko... Poniżej mostu tworzyły się małe kaskady. Główny nurt szedł wartki środkiem, a bliżej kamienistych niskich brzegów brodu woda rozlewała się leniwiej, tworząc wiry nad prześwitującymi z głębi głazami. Bród nie byłby teraz przejezdny. Dobrze, że jest most...
Z mostu widział bieloną kapliczkę na górze, a poniżej, dokąd dążyła młynówka, szare gontowe dachy domu i obory młynarza. Powrócił spojrzeniem ku wodzie. Niżej, ocierając się o prawy wyższy brzeg, nurt niknął za zakrętem, przesłonięty gęstwiną krzewów wierzbiny. Na samym brzegu stało kilka suchych snopów z wierzbowych prętów, związanych w brunatne chochoły.
- Zacznę na zakręcie! Ciekaw jestem, czy teraz przeszedłbym przez ten prąd. Zbiłoby mnie z nóg? Woda chyba do połowy uda albo i wyższa... – Teraz już znów był wędkarzem.
Stanowisko wybrał wspaniałe. Prąd skręcał pod kilkanaście kamiennych tafli, nad którymi wyrastało urwisko brzegu. Zza zwisających gałęzi mógł swobodnie zarzucić.
Zdjął z ramienia koszyk, wyciągnął haczyk dolnej muchy, wbity w korkową rękojeść wędziska. Sprawdził obie muszki – w sam raz na dziś. Pierwsze zarzucenie poszło w nurt, a kiedy prąd napiął sznur, Kit zaczął go stopniowo przedłużać, zwalniając ręką z kołowrotka. Potem znowu rzut z zamachem nad głową już dłuższym sznurem w sam środek nurtu. Teraz obie muchy zatańczyły przy brzegu kamiennych płyt w wodzie zielonej, z kołującymi w niej białymi, lekkimi pianami. Teraz długość sznura była dobra. Zamach nad głową szerokim ruchem. Szarej muchy nie dostrzegał, lecz czarna wspaniale skakała w środku nurtu. Patrzył tylko na nią. Nic się nie ruszało. Czyżby woda jeszcze spała? Ale właśnie w tej chwili poczuł straszliwe szarpnięcie. Zawsze w opowiadaniach wszystkie szarpnięcia są straszliwe, błyskawiczne lub potworne. A więc i to musiał odebrać jako straszliwe. Pstrąg... – poznał go po gwałtowności uderzenia. Pstrąg... – na pewno ogromny. Wędka wygięła się w pałąk.
Ryba skoczyła w środek prądu. Jej ciężar potroił się. Zaczął powoli skracać sznur lewą ręką. Serce skoczyło mu do gardła. – Wolno, wolno. Dobrze, niech siedzi w prądzie, wolno, wolno. - Znowu skrót sznura. Pstrąg pociągnął teraz w kierunku drugiego brzegu, ale i on nie mógł pokonać siły prądu. Linka ciągle była napięta do granicy rozsądku.
- Uczepiona mocno, a więc jest nadzieja na sukces.
Kit rozejrzał się za miejscem, dokąd mógłby wyholować zdobycz. Najlepiej pod wysoki brzeg, na dwa płaskie, wilgotne kamienie. Potem dalej na żwir, aż do uciętej pionowo półmetrowej grzędy. Przez chmury przedarł się promień słońca i zalśnił na taflach migocącym blaskiem, jakby jakaś dobra wróżka wskazywała: - Daj go na te złote kamienie. – Kit wierzył w dobre wróżki. Zawsze. Żeby móc doprowadzić rybę do tego miejsca, musiał się cofnąć parę kroków.
- Powoli, powoli – powtarzał sobie. – Jeden krok, drugi, trzeci, znowu skrót linki. I teraz zobaczył pstrąga. Wystrzelił skokiem ponad wodę – srebrnoszary kolos! Miał przeszło pięćdziesiąt! Pięćdziesięciocentymetrowe sztuki to już rekordowe! Może to pstrąg życia? Kit przygiął się cały, też stał się wielkim wędziskiem: Serce mu waliło, słony, gryzący pot spływał do oka. Skrót linki, trzy metry do celu. Pstrąg rzucił się. Jeszcze dwa metry, metr – ryba przez chwilę jakby przestała walczyć i ten ułamek sekundy wystarczył. Kit pociągnął już śmielej i wyłożył ją na dwa upatrzone kamienie. Promień słońca na nich zgasł – poszarzały, Chciał jeszcze rybę podciągnąć na żwir, ale właśnie wtedy poczuł, że ciągnie sznur bez ciężaru. Pstrąg odczepił się, był wolny!
Kit rzucił wędkę na ziemię i skoczył w dół, aby odciąć rybie drogę ucieczki. Pojechał w mokrych trampkach po wilgotnym głazie jak po lodzie. W ruchu samoobrony, instynktownie, obrócił się na bok. Zanurzony niemal do pasa pojął, że leży między rybą a wodą. Patrzył teraz na pstrąga zupełnie z bliska. Można powiedzieć, że twarzą w twarz. Ryba rzucała się, odbijała od kamieni, ale jeden ze skoków zniósł ją w złym kierunku i spadła na żwir, dalej od wody. Pstrąg był wspaniały. Miał szeroki, srebrny grzbiet, czerwone, wielkie kropy na bokach i... ponad pół metra na pewno! Z wrażenia określił jego wielkość w metrach, jakoś same narodziły się na widok przepięknej zdobyczy! Patrzył ciągle na rybę. Przepiękna!
W tym mgnieniu myśli zdrętwiał – to pierwsza tegoroczna ryba! To pierwsza ryba! A więc nic z triumfu! Nic! Zostanie to tylko jego przeżyciem. Niepisane prawo, ich romantyczny regulamin nakazywał pierwszą złowioną danego roku rybę wypuścić. Trzeba z powrotem wyrzucić ją do wody ze słowami: - Idź, powiedz swoim, że już jestem, że pozdrawiam wodę i was... i przekaż swoim dziadkom i babkom, tym najstarszym, największym, że na nich czekam! – A Kit dodawał: - Zapraszam na kolację!
- Przecież on ma ponad pół metra. A może złapać następnego i wypuścić, a tego wziąć? Udać, że nie on jest pierwszy. Dobrze, że go nie dotknąłem spoconą ręką. Potem mógłby chorować – rozmyślał pełen rozterki, bo ciągle nie mógł pogodzić się z faktem, że mu ten cudowny lorbas wymknie się z rąk.
Skrzela pstrąga otwierały się i zamykały. Skakał, odbijał się ogonem od żwiru – jeszcze walczył. Wznosząc się nad ziemię mógł dojrzeć zieloną, tak przyjazną wodę. Skoczył znowu, tym razem w stronę śliskich głazów. Kit wygramolił się na kamienie, przykucnął tuż obok ryby, podniósł leżący przy brzegu patyk i ostrożnie popchnął pstrąga ku wodzie. Raz, drugi – za trzecim razem olbrzym ześliznął się po głazie – jak Kit przed chwilą – i zanurzył się do połowy w wodzie. Chwilę zbierał siły, a potem jeszcze raz lekko popchnięty, zanurzył się cały. Stał mgnienie oka bez ruchu – jakby odrętwiały... i już go nie było. Zielona toń przyjęła go z powrotem.
Kit usiadł na mokrych kamieniach i patrzył w wodę. A potem podniósł się, sięgnął po wędkę i sprawdził muchy: obie w porządku. Położył wędkę płasko na miejscu, gdzie przed chwilą leżała ryba.. Zrobił ostrym kamykiem rysę na wędce – kilka centymetrów od już zaznaczonej; grubo ponad pięćdziesiątkę. Siedząc na brzegu, spuścił nogi w dół i słuchał znowu szumu rzeki. Wycisnął, jak mógł wodę ze spodni, wylał ją z trampek, które włożył na mokre skarpety. Było mu zimno.

(...)

...Kit postawił wędzisko pod okapem, kosz powiesił na kołku i ruszył do stodoły, aby się przebrać. A potem już w suchym dresie rozwiesił na płocie wszystkie mokrości. Ojciec wyszedł z chaty. Podniósł pokrywę kosza. Zobaczył, że jest pusty. Zlustrował mokre części ubrania. Stojąc za plecami Kita zapytał:
- I jak? Nic? Za zimno – dodał na pocieszenie.
- Za zimno – potwierdził Kit.
Przy śniadaniu nikt go nie pytał o połów. Nie stawia się pytań tym, którzy wracają z pustym koszem.

Uwaga : Odpowiedzi konkursowe przyjmujemy w komentarzach do artykułu do dnia 15 lipca 2007r godz. 00.00. Odpowiedź prosimy zatytułować Konkurs.

Dyskusje i komentarze

Schowaj teksty   
Andrzej Trembaczowski

Chyba tak, więc odpowiem.
Są to fragmenty książki Kazimierza Wejcherta „Fikoty i lorbasy z ukochanej rzeki”. Wydawca: Krajowa Agencja Wydawnicza, Lublin 1988 r.
Andrzej

Początek


RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusPozycjonowanie stron WWWmetki tekstylne i żakardoweSprzęt wędkarskiDarmowy ERP i CRM - Odoo - dawny OpenERPŚwiat Druku