Lewe menu


Right menu

Szukaj


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Wędkowanie i SWI/Drawa, Kalitówka i marcowe pstrągi 

Drawa, Kalitówka i marcowe pstrągi

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 14429 
Komentarzy: 4 
ID: 10886 
Węzeł: 9175 
Najpiękniejsza

Kolejność atrakcji, wymienionych w tytule, jakie mnie spotkały podczas trzydniowej wyprawy, nie jest przypadkowa. Drawa, niektórzy mówią iż najpiękniejsza z rzek w Polsce. Kalitówka – jeden z pięciu domów w maleńkiej osadzie Mostniki, położonej na terenie Drawieńskiego Parku Narodowego, a pstrągi – brały, jak to pstrągi, raczej niechętnie.

Wyruszyłem w piątek raniutko, aby przebyć 500km i dotrzeć koło południa na miejsce. Po drodze wysyłałem Waldkowi, który wyjechał później jakieś 2 godziny, sms-y z miejscówkami radarowców. Droga niezła, nie przekraczając przepisów drogowych dotarłem na miejsce w 7 godzin z przerwą na krótkie wędkowanie na Warcie. Koło Skwierzyny zatrzymałem się poczekać na Waldka, który mimo namierzenia przeze mnie punktów pomiaru prędkości, nie mógł mnie jakoś dogonić. Szybko zmontowałem wędkę na jazie. Niestety, woda bardzo wysoka, nie udało mi się w godzinę namierzyć ryb. A że na rybach czas mija szybko, ani się spostrzegłem i dzwoni Waldek że już jest w Skwierzynie. Do samych Mostnik jechałem za Waldkiem przez wioski i lasy, przez lekko uchylone okno czując zapach wiosny. Na miejscu czekały na nas pierogi. Po pół godzinie dojechała 3-osobowa ekipa z Łodzi i równiż zasiadła do pierogów. Zanim poradziliśmy sobie z misą ruskich, na stół wjechała z rąk Andrzeja (brata Waldka mieszkającego tam na stałe), następna misa z pierogami z mięsem. Towarzystwo zaczęło pałaszować nową dostawę, a i ja jestem „pies na pierogi”. Ruskie były lepsze, toteż nad wodą zameldowałem się dopiero koło 16. Zacząłem łowić poniżej ujścia Płocicznej, gdzie zaczyna się woda należąca do PZW, za opłatę dzienną dla zrzeszonych – bagatela 25zł. 2 zł też by było za dużo, biorąc pod uwagę nakłady i opiekę, jaką okręg Gorzów otacza swój kawałek tej rzeki, oraz 11zł za dniówkę jaką pobiera DPN za lepiej zarybianą rzekę.

Księżniczka Drawa

Pierwszy kontakt z piękną Drawą, dziką, czystą, o wartkim nurcie. Zwalone drzewa, wysokie podmyte burty z osypującą się darnią, rynny, prostki z trzcinami – wszystkie typy miejscówek dla ryb na każdą porę roku. W mocnym nurcie nie ma co szukać ryb przy podwyższonym poziomie wody. Zrobiłem kilkanaście „bankówek”, ale bez efektu. Tomek, który przyjechał z Łodzi z Piotrem, miał na kiju klenika ale go szybko stracił. Bez kontaktu z rybą zszedłem z wody, ale też bez żalu. Pierwsze koty za płoty, a poza tym nie nastawiałem się na wielkie wyniki, pierwszy raz na obcej wodzie. Gdy wróciłem było już prawie ciemno. Ognisko się paliło, a nad ogniskiem gar. Gar, to kolejna rzecz nie do opisania słowami. Tego trzeba spróbować. Wkład do gara wg przepisu gospodarza, to mieszanka ziemniaków, kapusty, żeberek, kiełbasy, skórek ze słoniny. Nie ma to nic wspólnego z dietą i dlatego smakuje niebiańsko. Zjadłem cztery, a Waldek twierdzi że pięć porcji. Oczywiście nie ma racji, bo jakbym zjadł pięć to bym się tu chwalił. No więc jak już przewód pokarmowy miałem pełny po migdałki, pojawiły się gołąbki. Musiałem spróbować, ale sił starczyło tylko na jednego. Niebo w gębie, co tu będę dalej opisywał. Polała się wódeczka, a raczej „kalwados”.* Dotrwałem do godziny 21 i po dniu pełnym wrażeń poszedłem spać. Schludny pokoik, łóżeczko, pościel, kominek, ciepełko – minuty nie trwało i spałem.

W sobotę o 5 rano Waldek krzyczy : „Tomek wstawaj na ryby”! Przeklinam pod nosem, budzik nastawiłem przecież na 6.00. Wstałem sam, bo reszta zbyt wiele wlała w siebie wieczorem żeby rano wstać. Lecz ja nie po to robię 500km żeby pochlać albo pospać. Zjadłem śniadanie próbując miejscowej, domowej roboty szynki. Ja od dawna kupuję tylko drogie wędliny „ekologiczne”, niby bez chemii, ale one nawet koło tej szynki nie leżały. Pada deszcz, wyjeżdżam z opóźnieniem i całe szczęście. Punkt informacji turystycznej w Głusku powinien być czynny od 7 rano, otwierają o 7.45. Czterech wędkarzy czekało, ja piąty dojeżdżam później niż planowałem, ale akurat jak otwierają. Wykupuję zezwolenie na 2 dni na wędkowanie i parkowanie. Jadę w górę rzeki mocno dziurawą drogą. Cały czas przez las, mijam tylko jeden przysiółek złożony z kilku domostw. Po drodze przede mną truchta sarenka, środkiem drogi. Zwalniam. Po 100m sarna odbija w las. Po kilku kilometrach parkuję na biwaku dla kajakarzy przy ujściu Korytnicy. Idę w dół rzeki i zaczynam łowienie. Deszcz ustaje, ale jest pochmurno. Dobrze. Jednak ryby nie współpracują. Łowię porządnie, jigami i woblerami. Dopiero koło godziny 11 mam rybę. Tęczak . Strzelił w wobler jak z armaty, trochę pomłynkował, ale kapitulacja była szybka. Kij Team Dragon 7-21g, żyłka 0,23 Sufix, Kołowrotek Team Dragon 3500 z dobrym hamulcem, na dużej rzece nie ma miejsca na zabawy w zbyt delikatny sprzęt. Takie jak ten pstrążki koło 35cm to wyjeżdżają w pół minuty. No, ale pierwsza ryba z dzikiej Drawy wreszcie jest. Siedział w niedużym dołku przed dużym zwaliskiem pod mniejszym drzewkiem ustawionym pod skosem w dół nurtu. Łatwa, czytelna miejscówka, jak i pozostałe. Jak się tylko stanie nad rzeką od razu wiadomo, gdzie ryby będą. Albo powinny być. Ilość miejscówek jest olbrzymia, dosłownie co 5-10 m jest „bankówka”. Tylko jakoś ilość ryb niewspółmierna do ilości miejsc.

Księżniczka Drawa II

W południe robię przerwę. Zajeżdżam do Kalitówki. Chłopaki twardo okupują wiatę koło ogniska. Usmażyłem kiełbaskę, zjadłem, popiłem colą i pojechałem z powrotem nad rzekę. Ekipa, niestety, została z zamiarem łowienia na odcinku poniżej granicy DPN. Tylko Tomek Dotrzymał słowa i wziął kij do ręki. Ale został ukarany brakiem ryby, skoro nie pojechał ze mną w górę rzeki. Parkuję na innym biwaku, bo dowiedziałem się że a to miejsce gdzie byłem rano będą spływać kajakarze. Do wieczora mam 3 brania, jedna ryba spada, druga tylko trąciła woblera i nie zaciąłem jej. Do podbieraka trafia tylko jeden pstrążek – znów taki „trzydziestaczek”. Ale przynajmniej potok, a nie tęczak. To i tak sukces. W jeden dzień miałem więcej ryb i więcej brań niż przez trzy sezony wiosenne na rzekach jurajskich.

Wieczorem powtórka z gara. Po drodze zakupuję żołądkową gorzką, bo lubię sobie chlapnąć taką. Parę kielonków, trochę pogaduszek, piwko na dobry sen i lulu. Budzik nastawiam na 5 rano. W końcu to trzeci ostatni dzień. Przede mną jedna tura i długa droga do domu.

Nad wodą jestem przed 7 po półgodzinnym marszu przez las szczytem wysokich – 30-to metrowych skarp okalających wijącą się w dole rzekę. Do południa łowię 3 pstrągi, żaden nie ma więcej jak 35cm. Jeden na jiga, 2 na woblera. Podwójna radość, bo brania są na własnego wyrobu przynęty. Po drodze mijam idealne miejscówki na troć. Gdyby nie rybackie siaty przy ujściu Odry, pewnie byłaby duża szansa na tą piękną rybę mimo nienajlepszych przepławek i kłusownictwa.

W południe wychodzi słońce. Dochodzę do mostu, poniżej zwalisko, kręcąca woda. Rzucam w poprzek nurtu i sprowadzam w dołek przy drzewie ok. 5 m niżej od filaru. Wychodzi za woblerem mały pstrąg, przyspieszam i nie trafia. Całe szczęście, szkoda kłuć ryby. Próbuję obłowić zwalisko, może w głębokim dole coś siedzi. Po drugim rzucie zjawia się kajak. Z całym impetem uderza w leżące na powierzchni drzewo i przeprawia się górą. No tak, skoro tak się tu pływa, to wszelkie miejsca gdzie drzewa leżą w poprzek całej rzeki można sobie spokojnie odpuścić. Ani człowiek, ani pstrąg nie lubią mieszkać przy autostradzie. Schodzę jeszcze 100m poniżej mostu i obławiam co ciekawsze miejsca, na końcu duży dół i rynnę na zakręcie rzeki. Słońce wychodzi zza chmur, koniec łowienia. Jeszcze mały spacer wzdłuż rzeki na parking, zwijam manatki przy aucie i jadę do Kalitówki. Na stół wjeżdża domowy rosół, gotowany na mięsie z kością a nie na jakiejś kostce. Rosół syci tak, że po drodze do domu nie muszę nic jeść. Ten gar, gołąbki, rosół, żurek, to wszystko pełna „profeska”. A że jestem zarówno wędkarzem, jak i biesiadnikiem, potrafię docenić co dobre. A smaczne dlatego że nasze, polskie, naturalne, przyrządzane bez pośpiechu przez mamę i brata Waldka. Z tego miejsca dziękuję gospodarzom.

Marcowa Drawa

Podsumowując o rzece Drawie. Najlepsze miejsce „odosobnienia”, jakie dotychczas odwiedziłem. Nad wodą nie ma zasięgu komórek. Łowiąc nie spotkałem człowieka. Nie szedłem po ścieżce wydeptanej przez ludzi. Nie szedłem po żadnej ścieżce, prócz tych wydeptanych przez zwierzęta zmierzające do wodopoju. Szum wody, nadzieja że w kolejnym dużym dołku dostanę porządną rybę, powodują że naprawdę się dobrze odpoczywa, fajnie wędkuje. Szukając jednak wyłącznie ryb Drawy nie polecę. Tych ryb tam po prostu nie ma dużo. Łowię na tyle dobrze, że powinienem mieć więcej brań, więcej ryb, jakąś większą też. Drawa jest najlepszą rzeką ale na kajak albo dla kłusownika z agregatem. Nawet są specjalne odcinki wyłączone z wędkowania, na których grasują oczywiście tylko kłusownicy. Szkoda, że nikomu z zarządu DPN nie przyjdzie na myśl utworzyć zamiast odcinka dla kłusowników, łowiska specjalnego z dużą obsadą pstrąga potokowego, wszystkich roczników. Gdzie wędkarze mogliby również sprawdzić, ileż to tych (mitycznych moim zdaniem) troci i łososi wpływa do Drawy zatrzymując się przed trudnym do sforsowania jazem. Nie dziwię się też Waldkowi, którego zdaniem lepiej nie złowić łososia na Drawie niż nie złowić na np. Parsęcie. Co racja to racja, z równym powodzeniem w naszych rzekach można szukać jesiotra. Nawet gdyby próbował się dostać z morza do rzeki, wylądowałby w rybackiej siatce a w rejestrze figurowałby jako dorsz.

Drawa

Drawę mogłyby „podrasować” tylko porządne dalsze zarybienia i ochrona przed kłusownictwem. Oraz wpuszczenie wędkarzy nad wodę od 15-go marca do 1 lipca, kiedy to odcinek Drawy na terenie DPN jest wyłączony z wędkowania i pływania kajakiem niby ze względu na gniazdowanie ptaków. Co pewnie nie przeszkadza miejscowym i przyjezdnym kłusolom trzepać ryby agregatem.

Ale jeśli chciałbyś się, drogi czytelniku, odizolować od świata na kilka dni, to nie ma lepszego miejsca, prostszej drogi, jak wyjechać nad Drawę. Zamieszkać kilka dni w Kalitówce, która już wkrótce będzie gospodarstwem agroturystycznym. Bazą wypadową dla prawdziwych facetów, nie wożących za sobą ogonów w postaci narzeczonych, żon, gromady dzieciaków, gdy chcą na prawdę odpocząć i powędkować. Życzę tym, którzy się tam wybiorą, miłej niespodzianki w postaci dużej ryby.

Dyskusje i komentarze

Schowaj teksty   

Księżniczka Pomorza, to druga nazwa Drawy. I chyba nie ma trafniejszego określenia. Bo Drawa jest wyjątkowo cudnej urody. Można by nawet powiedzieć, że gdyby trzeba było przyjąć jakąś rzekę za wzorzec, to Drawa takim wzorcem może być. Penetrując Drawę, nie można się oprzeć wrażeniu, że odkrywa sie ją zawsze na nowo. Czasami wystarczy jeden rok, aby miec kłopoty z rozpoznaniem znajomych miejsc. Bo Drawa jest rzeką żyjącą. Niby ujarzmiona a jednak wciąż dzika. Drawa z okolic Barnimia i Drawa koło Sitnicy, to jakże różny obraz Drawy. I to jest to, co może zauroczyć każdego, nawet najbardziej opornego na wrażenia estetyczne. Pisząc czy mówiąc Drawa, ciśnie się na usta słowo kłusownictwo. Rozpanoszone, rozwydrzone, bezkarne. Głusko, Sitnica, Barnimie, Załom, Ostrowite, Drawno. Enklawy Łemków, przesiedlonych tu w czasie akcji Wisła. Dla tej nacji nie istnieje pojęcie takie jak kłusownictwo. Traktują rzekę i lasy jak swoją własność, w której można zrobić wszystko. Dlatego idąc nad Drawą patrz pod nogi i przed siebie, abyś nie stał się skłusowanym "łupem". Wnyki i sidła to codzienność. Jeszcze klikanaście lat temu krążyły legendy o strzelaniach z panzerfaustów, wydobywanych z bunkrów Wału Pomorskiego. Aby nie zabrzmiało to co napisałem powyżej, jak uprzedzenie do Łemków, jest to nacja życzliwa, pogodna i wesoła. Łemkowie, to taki klasyczny przykład odczuć ambiwalentnych Pamietam co mi opowiadał rybak z Ostrowitego, gospodarujacy na jeziorze Ostrowieckim, przez które przepływa Płociczna. To była końcówka lat siedemdziesiątych, gdy wybraliśmy sie nad jezioro Ostrowite na ryby. Nie było jeszcze wtedy DPN-u i mozna było dojechać na cypel harcerski, gdzie Płociczna wypływa z jeziora. Jezioro Ostrowite było wtedy bezwstydnie rybne. Leszcze sześcio, siedmio kilowe nie były jakimś wyjątkiem. Widziałem tez łuskę od karpia, którą rybak nosił w portfelu, jako swoisty talizman. Była wielkości spodka od filiżanki. Bestyjka złowiona w sieci liczyła sobie grubo ponad trzydzieści kilogramów. Rybak ganiał miejscowych za kłusownictwo i to zdrowo. W pewną sylwestrową noc gdy rybak pojechał na bal sylwestrowy, spuścili mu z sadzów do jeziora ponad dwadzieścia tysięcy sztuk pstraga selecta. Zarówno potokowca jak i tęczaka. Jak wynika z powyższego jest to również ludek mściwy i pamiętliwy.
O Drawie można pisać bez końca, bo taka ona jest. Piękna i dzika. Urokliwa i okrutna. Jak prawdziwa księżniczka.

Początek

Artykuł extra i na pewno prawdziwy a zwłaszcza to co tyczy sie uroków Drawy i bezrybia oraz kłusownictwa jakie na niej obecnie panuje. Od wielu lat wraz z przyjaciółmi wędkarzami wedkujemy na Drawie tak w DPN jak i poza jego granicami. Główna metoda to spinning ale od kilku lat "ćwiczymy" tez muchę. Niestety to co było w tej wodzie 10 - 12 lat temu zostało tylko w pamieci i na zdjęciach. Po okazałych pstrągach (50 - takach) ogromnych kleniach i przpieknie pachnących lipionkach można tylko pomarzyć . Ciekaw jestem gdzie i na co idą te nie małe zresztą pieniądze z opat za wedkowanie, parkowanie, biwakowanie... mam wrażenie że na coraz większe pensje kierujacych DPN-em bo na zarybianie i prawidłową ochronę tej wody napewno nie. Tak jak autor artykułu polecam Drawe dla jej uroków, ale dla ryb w niej żyjacych stanowczo nie!!!.
Pozdrawiam wszystkich pstrągowców i lipieniowców. Życze doczekania czasów kiedy na Drawę pojedziemy dla przeżyć wędkarskich a nie tylko dla przeczystego powietrza. I mam nadzieje ze kierownictwo DPN zadba też o nasze (wędkarzy) interesy a nie tylko rozwrzeszczanego i "napitego" towarzystwa "milośników kajaków". No cóż oni wszak mniej was kosztują bo wody do Drawy wlewać nie trzeba. Ryb by były niestety tak - a i ochronę tych już istniejacych też wypadało by poprawić

Początek

Drawa to jest sprawa, a Warta mało warta. Tak żartowaliśmy paręnaście lat temu z wujeczkiem.
Przeczytałem całe Twoje opowiadanie i trochę zaskoczyło mnie, że o naszych jurajskich rzeczkach masz tak niskie mniemanie. Niejednokrotnie udawało mi się na Liswarcie i w jej pobliżu puknąć parę pstrążków. Raz nawet w dwie godziny miałem trzy wymiary i pięć pobić, ale jak gdzieś czytam o Drawie, to mi serce rośnie. Łowiłem tam różnymi technikami ( taki universal soldier ) i nigdy nie zapomnę ryby, której nie mogłem zatrzymać, a jestem pewien, że była to brzana. Nie weim, ile mógłbym jej dać kilogramów, a le dzień później złowiłem brzanę w tym samym miejscu i miała 68 cm, ale walka trwała około 10 minut, także myślę, że tamta miała około pięciu ( ale tak naprawdę nie wiem ). Od jakiegoś czasu Drawa zaczyna się kojarzyć z bezrybiem. Nie wiem, co o tym sądzić, ale kiedyś ryb było tam tyle, że można było godzinami chodzić i oglądać. A teraz? Widziałem tam naprawdę potężne ryby, a teraz jest klapa.
Pozdrawiam
edvis
www.wedkarstwo.czest.pl

Początek

Zazdroszczę wszystkim, którzy mają okazję odwiedzić Drawę...to taka moja ukryta miłość....ale cóż męża (mimo, że też wędkuje) ciężko mi wyciągnąć nad Drawę.....może kiedyś się uda. Miło było poczytać twoją relację. Obudziło to we mnie niesamowicie piękne wspomnienia.....radości, wolności, cudownej przyrody, niezapomnianych miejscówek i walecznych ryb....

Pozdrawiam
Daria

Początek


RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusWszywkiOpenERPWszywki odzieżoweOsuszanie ścian - iniekcja krystalicznaPozycjonowanie