Lewe menu


Right menu

Szukaj


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Wędkowanie i SWI/Koniec zimy nad Bobrem 2008 

Koniec zimy nad Bobrem 2008

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 9180 
Komentarzy: 1 
ID: 14853 
Węzeł: 12707 
Grzegorz Tuński

Na początku tego roku nie miałem czasu na wędkowanie, więc nadeszła odpowiednia pora, aby sprawdzić co słychać na „moim” Bobrze. Najlepszym terminem do zrealizowania tego planu było umówione spotkanie z Georgiem i Hansem z Niemiec oraz Piotrkiem, który niestety z powodu awarii nie dotarł.

Ja mogłem na ryby wyrwać się już 14 marca w piątek, co uczyniłem niezmiernie szybko. Wyjechałem w trasę do pracy bardzo wcześnie, spakowany wędkarsko i jak rzadko się zdarza skończyłem pracę o 15:30. W Jeleniej Górze wykupiłem licencje na ten rok. Potem do kantoru wymienić złotówki na euro, bo Hans przywiózł wędkę dla kolegi Ryśka. Z kantoru pognałem prosto do Łupek. Tam czekał na mnie kierownik ośrodka. Zakwaterowałem się, poznałem jeszcze jednego gościa ośrodka – Benka, i ruszyłem nad wodę do Wlenia.

Niestety padał deszcz i z minuty na minutę zwiększał swoją obfitość. Zaparkowałem na parkingu przy moście we Wleniu i podszedłem na most zobaczyć co to dzisiaj „w trawie piszczy”. Jak na moje „szczęście” to powodzi nie było, ale dość duży stan wody. Lekko trącona woda. Wybrana metoda – streamer. Ubrałem się w sprzęt i do rzeki przy moście. Dokładnie obłowiłem miejscówki przy kolumnach mostu, potem skupiłem się na przyspieszeniu i wyjściu z niego na płytszą wodę. Nic nie gryzie, ale to pewnie dlatego, że takie miałem negatywne nastawienie od samego początku łowienia. Aby zejść niżej musiałem wyjść na brzeg i zejść kilka metrów niżej, bo szybki nurt i głęboka woda mogła Grzylasa zabrać ze sobą – z wiekiem człowiek jakby ostrożniejszy. Dalej troszeczkę bardziej komfortowo jeśli chodzi o stabilne stanie w nurcie, ale dalej bez efektu. Na starcie założyłem, na końcu przyponu, dwie imitacje pijawek w różnych kolorach. Po zerwaniu zestawu założyłem „kanapkę” muddler – zonker. Zrobiło już się ciemno, a miejscowa młodzież na moście zaczęła rozrabiać – trzeba się powoli zbierać do ośrodka.

W ośrodku Benek poczęstował mnie grochówką i zaczęliśmy gaworzyć i gaworzyć. Przyniosłem swoją „walizkę rozpusty” i zacząłem dowiązywać sobie braki w pudełku. Dużo much nie nakręciłem, bo Benek okazał się największą gadułą, miłą gadułą, jaką do tej pory poznałem. Tak plotkując o jego zainteresowaniach i wszystkim czym się zajmuje, o tym że jest najlepszy na świecie oraz tylko kilku moich zdaniach zawitała 2:30. Oj czas spać bo rano na ryby. Wróciliśmy do swoich pokoi. Przewinąłem jeszcze na kołowrotek nową linkę i w „kimę”.

Rano pobudka o 6:30. Czuć w kościach niedospanie. Szybka zbiórka i nad wodę. Pojechałem dokładnie w to samo miejsce. Plan na dzisiaj trochę inny, bo o 10:00 mam się spotkać z kolegami przy „skałce”, więc marsz w dół rzeki. Wędkowanie poniżej mostu również dziś nie zakończyło się sukcesem, choć przez chwilę woda była niższa o 10 cm, a po godzinie znowu zwiększyli zrzut. Wyszedłem z wody, aby obejść rwące, głębokie bystrze. Na brzegu napotkałem bukiet przebiśniegów.

Niby zima, ale już wiosna. Niżej na prostce też bez efektu. Przy skałce maksymalne skupienie, dokładne obławianie, czesanie co cal i także nic. Idę na pierwszą łąkę może tam coś trafię.

Wychodząc z wody napotykam kolejne oznaki wiosny. Już nie pączki na drzewach i krzewach, a już listki oraz kwiaty mniszka.

Miejscówki przy pierwszej łące również nie przyniosły oczekiwanego brania „kropkowańca” – takie życie mizernego wędkarza. Jeszcze kilka rzutów i wracam pod skałkę na umówione miejsce.

Dotarłem do punktu zbornego siadłem wygodnie na pagórku i miałem zamiar kimnąć sobie, ale jeszcze postanowiłem rozejrzeć się wokół za jakimś ciekawym tematem do fotki.

Nie zdążyłem się dobrze porozglądać, gdy podszedł do mnie Georg. Przywitaliśmy się po „rosyjsku”. Po chwili dotarł Hans, z którym również wymieniliśmy „misiowe” uściski. Przez chwilę głównym tematem była trasa z Niemiec do Polski, po czym zeszliśmy szybko na Świętej Pamięci Waldka Kalitę. Powspominaliśmy, pożałowaliśmy, a życie musi się toczyć dalej.

Koledzy zeszli do brzegu rzeki i zaczęli łowić przy „skałce”. Woda duża a oni nie brodząc obławiali mniej atrakcyjny rewir rzeki – takie zastane warunki. Nie zawsze chodzi o rybę. Miło się gaworzy, a i może coś się „powiesi” na haku. Niestety Georg jak i Hans również nic nie złowili na takiej wzorcowej bankówce. Chwilę rozmawiamy i postanawiamy zmienić miejsce na spokojniejszy uciąg – pierwsza łąka, na którą trzeba dojść, więc w drogę.

Gdy dotarliśmy to Hans zaczął zmieniać zestaw IMG_0309, a Georg założył „oczoje…..go” fluo-różowego Wolly Buggera.

Niestety na „zagramaniczne” przynęty nasze ryby również się nie skusiły. Łowimy schodząc niżej i z chwili na chwilę tracę całkowicie wiarę, a chłopacy są zadowoleni,

że udało im się wyrwać z domu na ryby, choć niestety warunki także ich nie napawają optymizmem.

Ja musiałem niestety kończyć na dzisiaj wędkowanie ponieważ byłem umówiony ze znajomą w Marczowie, a przy okazji miałem kupić zestaw piw, aby zrobić małe szkolenie chwalipięcie Benkowi.

U znajomej czas mi mijał bardzo szybko. Jak się zorientowałem było już po kolacji. W auto i gnam do ośrodka. Na miejscu Georg z Hansem namiętnie gaworzyli z Benkiem. Chwil kilka i ja jestem w świetlicy. Wymieniłem z Hansem towar dla Ryśka – będzie zadowolony, dzięki Georg i Hans za wędkę dla kolegi. Pytanie może i retoryczne, ale czy coś złowili po moim odjeździe? – niestety nic. Podczas mojej nieobecności w ośrodku Hans nakręcił sobie kilka muszek lecz niestety nie było mi dane ich zobaczyć. Ja przytaszczyłem swoją walizkę i coś tam ukręciłem. Pogadaliśmy o muchach, rybach i szkoliłem Benka z historii browarnictwa razem z degustacją. Niestety zachowałem się jak ostatni palant, bo kupiłem tylko dwa zestawy piw do degustacji (nie wiem jak ja to zrobiłem, ale już za późno) i nie wybaczę sobie tego, bo to bardzo nieładnie wyszło z mojej strony. Życie toczy się dalej, a ja mam za swoje. Tego dnia nie siedzieliśmy już tak długo, bo postanowienie może nie rannego, ale długiego wędkowania obligowało nas do odpoczynku.

Tego dnia koledzy wstali wcześniej ode mnie, bo ja zebrałem się na ostatnią chwilę. Jedziemy do Marczowa na „kamyki”, bo tam umówieni jesteśmy z Pawłem i jego kolegą z pracy.

Niestety pada od rana. Witamy się wszyscy i dyskutujemy co to dzisiaj zrobić. Nic sensownego nam do głowy nie przyszło, bo stan wody taki sam jak wczoraj. Aby wyciągnąć jakieś wnioski trzeba zacząć łowić. Idziemy w górę rzeki na drugą łąkę. Po dotarciu na miejsce Paweł zadysponował gdzie ma wejść Georg, a gdzie Hans. Kolega Pawła poszedł trochę wyżej, ja niżej, a Paweł wszedł pomiędzy kolegów z Niemiec.

Deszcz pada, ryby nie biorą, to i koledzy szybko do mnie zeszli. Wędkowanie w takich warunkach i przy takiej dużej wodzie, to nie przyjemność a przysłowiowe „pałowanie się” - choć Georg ma zadowoloną minę.

Można i tak – ale po co. Po tych wnioskach stoimy na brzegu i sobie gaworzymy i robimy fotki.

Po dwóch kwadransach postanawiamy zakończyć tę sesję na dzisiaj, a ja całkowicie, bo muszę wracać do Wrocławia. Przy autach popróbowaliśmy potrzymać wędkę łososiową Pawła, o której więcej wypowiadał się Hans – spec od tej metody. Przysłowiowa graba i do ośrodka. Deszcz nie folgował ani na minutę i po dotarciu do ośrodka Georg poinformował mnie, że oni także wracają do Niemiec, bo pogoda na jutro ma być jeszcze gorsza. Szkoda, że tak wyszło, ale nic nie jest zmarnowane, bo w maju spotykamy się znowu, tym razem na Roztoczu.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Andrzej Trembaczowski

Ryby i woda zamόwione. Piwa też nie zbraknie. Przywieź swoją walizeczkę i ze dwa słoiki smalcu (albo i więcej). Najważniejsze jednak że będziesz.
To już wkrόtce.

Andrzej

Początek


RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusWędkarstwoSklep wędkarskiWszywkieZ PublishEtykiety odzieżowe