Lewe menu


Right menu

Szukaj


MAGIA PORU

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 12473 
Komentarzy: 1 
ID: 17947 
Węzeł: 15465 
Grzegorz Tuński

Nie będę opisywał samego spotkania SWI ROZTOCZE 2008, bo to zrobił już Andrzej Trembaczowski w swoim artykule, choć jak zawsze było wspaniale i niesamowicie jeśli chodzi o wyniki wędkarskie, za co można tylko dziękować naturze i kolegom.
Skupię się jednak na moim opisie dnia za dniem po SWI, które spędziłem nad rzeką Por – taki swoisty dziennik. Dodam, że jako wędkarz muchowy należałem do grona sceptyków rzeki Por.

To już dziewiąte SWI ROZTOCZE 2008, a ja jadę do kolegów wspólnie łowić, biesiadować i odpoczywać od betonów miasta i wszelakich problemów związanych z pracą, życiem, itd. Wyjeżdżam z czwartku na piątek (8-9.05.2008) i gonię kolegów ze Śląska, ale ulewa stopuje prawą nogę. Nie ma co pędzić najważniejsze, aby dojechać na miejsce, bo żyję świadomością, że zostanę na Roztoczu przez cały tydzień :-). Droga później dość dobrze mijała, bo przestało padać. Dojechałem na miejsce zborne po piątej rano. Witam się z Grzegorzem Piętką, Krzyśkiem Massalskim i Krzyśkiem Jaroszem. Lekka strawa, robię opłaty na poczcie i jedziemy nad wodę.

Dzień słoneczny, zapasy w sklepie uzupełnione, a zmęczenie po przejechaniu prawie 700-set kilometrów daje znać o sobie nie licząc prawie 3-ch stówek zrobionych w pracy. Nie ma co narzekać. Łowimy pstrągi, jak na te warunki to nie ma się czym chwalić – takie lekko ponad 30cm. Zabawa przednia, bo przy minimalnej precyzji i staranności biorą mi ryby. W większości z Piętkiem rozmawiamy i dywagujemy oraz naśmiewamy się ze wszystkiego co popadnie :-), bo ostatnim razem widzieliśmy się dokładnie rok temu też na SWI ROZTOCZE 2007. Ryby to drugorzędna sprawa – najważniejsze jest spotkanie z kolegami. Dwaj Krzyśki bardziej się do łowienia przykładają i mają lepsze wyniki – większe pstrągi.

Marcin Leus

Nie będę opisywał samego spotkania SWI ROZTOCZE 2008, bo to zrobił już Andrzej Trembaczowski w swoim artykule, choć jak zawsze było wspaniale i niesamowicie jeśli chodzi o wyniki wędkarskie, za co można tylko dziękować naturze i kolegom.
Skupię się jednak na moim opisie dnia za dniem po SWI, które spędziłem nad rzeką Por – taki swoisty dziennik. Dodam, że jako wędkarz muchowy należałem do grona sceptyków rzeki Por. Gdy dwa lata temu, po raz pierwszy, pojechałem nad tę rzekę z Piotrkiem Lubiarzem na odcinek zwany „AUTOSTRADĄ” lub „MUCHOSTRADĄ” to zwątpiłem w sens łowienia. Dlaczego? Po pierwsze – to nie jest rzeka!!! Por był rzeką dawno temu, gdy nie tknęła jego koryta ludzka ręka. Teraz jest to zmeliorowany kanał, równy jak od linijki z jednym małym odcinkiem, który ma drzewostan.

Ładniejszy odcinek Poru

Ładniejszy odcinek Poru

Łowiąc przez kilka lat, w tej części Polski, tylko na Wieprzu i oglądając Tanew, gdy przyjedzie się nad Por na odcinek równy jak stół, gdzie zakrętem nazywa się łuk, który ma trzy stopnie, a uciągu prawie nie ma, a nawet można powiedzieć, że jest wsteczny :-), to zapał gaśnie zanim wędkarz ubierze się i uzbroi sprzęt :-(. Po drugie łowienie w takim „kanale” z praktycznie zerowym uciągiem metodą muchową jest jak jedzenie najbardziej w życiu nieapetycznego posiłku – delikatnie mówiąc. Tym bardziej, że ja jestem przyzwyczajony do górskich potoków i widoków, itd. Lubię krajobraz Roztocza, ale łowienie w Porze jest jak chodzenie po chodniku i łowienie w ulicy. Łatwe, czytelne, przyjemne, ale paskudnie obrzydliwe :-( :-( :-( – jest to moje zdanie. Po trzecie jeśli nie złowi się ryby, tej dużej ryby, a co najgorsze żadnej, to te dwa pierwsze czynniki się spotęgują i człowiek stwierdzi: „Co ja tu robię? W tak brzydkiej „rzece” łowię, gdzie nie ma ryb! I dojdzie do wniosku: „Już nigdy moja noga tu nie stanie!” Tak właśnie stało się ze mną. Piotr zabrał mnie na ten wcześniej opisany odcinek, abym złowił pstrąga 60cm. Obskubał mi moje puchowce, bo były za bogate, miałem łowić tak jak mi powiedziano i łowiłem. Niczym to nie przypominało metody muchowej, tej klasycznej. Bardzo szybko się zniechęciłem, choć byłem uświadomiony, że mogę mieć tylko jedno branie, ale właśnie 60-taka. Dlatego warto być cierpliwym. Wierzcie mi, że prze kilka pierwszych minut starałem się to w siebie wmówić i łowiłem tak jak koledzy, ale te powyższe moje argumenty wzięły górę. Poddałem się – pewnie tak jak i większość przyjezdnych z daleka nad tę „rzekę”. Spośród kolegów nikt tego dnia nie złowił nic na tym odcinku, to ugruntowało moje zdanie o tej bezsensownej decyzji, aby łowić w Porze. Z tą świadomością o „rzece” Por żyłem dwa lata. Cały czas śledząc działania kolegów na rzecz Poru w sprawie limitów (ograniczenia mięsiarstwa), kłusownictwa i walki z meliorantami. Decyzja Prezesa Wiatra w sprawie zrobienia z „rzeki” Por odcinka „No kill” spowodowała moją ponowną chęć spróbowania moich sił i zmienienia poglądu na temat tejże „rzeki”. Przykro się czyta jak to wędkarze od początku sezonu do marca 2008 zabrali już ponad 100 szt. pstrągów powyżej 50cm. Decyzja moim zdaniem była jak najbardziej słuszna. Gdy spotkałem Prezesa Wiatra w Józefowie, to zaraz po przywitaniu pogratulowałem mu decyzji, choć ja do rzek Roztocza mam tyle co nic, bo jestem na nich tylko weekend w roku (tego roku kilka dni dłużej) i tak nic nie zabieram. Cieszyłem się, że są ludzie w Polsce, gdzie świadomość jest dużo większa jak w innych okręgach, że dobro rzeki i jej rybostan jest priorytetową sprawą, że pieniądze idą na dalszy plan. Po kilkuminutowej rozmowie stwierdziłem jednak, że Prezes pod wpływem niezadowolonego środowiska „mięsiarskiego” mięknie i od 2009 Por nie będzie miał statusu „No kill”. Z pewnością są to trudne decyzje, bo jak zawsze chodzi o pieniądze, o wpływy z opłat członków, itd., ale wydaje mi się, że warto zmienić mentalność łowiących, aby to przyjemność z wędkowania i złowienia wielokrotnie DUŻEGO PSTRĄGA była celem nadrzędnym.

Mam nadzieję, że mój krótki dziennik przybliży Was do tego, że byłem w WIELIM BŁĘDZIE pisząc powyżej. Uważam, że „rzeka” Por jest niesamowitym łowiskiem i chciałbym, aby inne rzeki w Polsce miały również taki rybostan oraz taką ekipę wędkarzy, którzy robią wszystko co mogą, aby złowienie i łowienie dużych ryb w rzekach Roztocza była sprawą nadrzędną. Aby mięsiarstwo odeszło do lamusa jak płyty gramofonowe, aby ochrona tamtejszych rzek była sprawą, o której powinniśmy już dawno zapomnieć, ponieważ ochrona środowiska powinna być czymś naturalnym, priorytetowym w interesie nas wszystkich – niestety tak nie jest :-( :-( :-( !!!

Poniedziałek

............... zaczął się dopiero od 9:00 rano, bo musiałem odespać trzydniowy "wesoły autobus" na SWI ROZTOCZE 2008. Potem pomyłem wszystkie brudne rzeczy i buty po niedzielnej burzy. Wszystko rozwiesiłem na barierce balkonu Stanicy Wędkarskiej w Józefowie. Wyciągnąłem z kuchni stolik, który również postawiłem na balkonie. Przyniosłem krzesło, a od sąsiadów przez okno wyprowadziłem sobie przedłużacz, dzięki któremu miałem energię, aby połączyć się ze światem. Przy okazji zrobiłem porządek w materiałach muchowych, z których większość skrzydeł i piór poleciała do śmietnika razem z torbą skórzaną wyściełaną podszyciem, do którego wdarły się niemiłosiernie mole. Po zrobieniu porządków, które powinny być zrobione od dawna, ukręciłem sobie kilka brakujących muszek. Wsiadłem w auto i na Por, tam gdzie mi Piotr polecił.

Zajeżdżam na drugi most (z kapliczką). Zostawiam auto we wskazanym miejscu. Miejscowi bardzo dokładnie mnie oglądają, mam nadzieję, że zrobiłem dobre wrażenie lub nie stanowię zagrożenia. Ubieram się i nad rzekę.

Ten ładniejszy Por

Tuż poniżej mostu mam w drugim przepuszczeniu branie pod moją burtą. W kolejnych kilku rzutach, pod przeciwny brzeg, w napływ pod korzenie mam wyjście ładnego pstrąga, lecz nie udaje mi się go zapiąć – myślę sobie miło jak na początek łowienia, choć zostało mi jeszcze tylko półtorej godziny łowienia. Schodzę niżej. Widzę w oddali, jak pstrąg pod przeciwnym brzegiem zebrał coś z powierzchni za kępą trawy w dość trudnodostępnym miejscu – patrząc z mojego brzegu. Jak tam dojdę to będę się zastanawiał co z nim zrobić. Ten odcinek na warunki Porowe, to prawie jak „górska woda” jeśli chodzi o brzeg. Po chwili dochodzę do miejsca zbiórki i się zastanawiam. Pod moim brzegiem duża gałąź w wodzie, po przeciwnej stronie również, pstrąg ma stanowisko za kępą trawy, a ja na dodatek stoję na krawędzi skarpy. Wiatr był sprzyjający i pomagał w tzw. „rolkach poziomych”. Skupiam się i rzucam prawie w punkt, a brania nie ma :-(. Próbuję jeszcze kilka razy i nic, nie widzę śladu zainteresowania ryby moją przynętą lecz nie poddaję się. Rzucam ponownie, wreszcie mam branie – dość delikatne. Zacinam, siedzi!!! Holuję dość sprawnie i wiem, że jest to duża ryba, a na pewno większa od tych łowionych w Bobrze czy Sanie oczywiście przeze mnie i zastanawiam się czy przekroczyła 50cm. Pstrąg łatwo się nie poddaje i troszeczkę pojeździł w górę i w dół, po czym wylądował w moim podbieraku. Odpinam szybko przykładam do kija, znaczę patykiem odległość od dolnika i szybko wypuszczam pstrąga z WIELKIM BANABEN NA TWARZY. Wyciągam miarkę i mierzę od dolnika do patyczka – 46cm. Mój największy!!! Tak, tyle lat łowię i nie mam czym się pochwalić jeśli chodzi o duże pstrągi :-( :-( :-(. Dzwonię do Piotrka pochwalić się, że złowiłem swoją życiówkę, że jestem szczęśliwy, że zmieniam zdanie o Porze, że ….. ….. ……. ……., i można tu dalej wymieniać, bo moja euforia nie ustaje, a on spokojnie mi mówi, że mam nie dzwonić z takimi pierdołami do niego. Jak złowisz 60-tkę to dopiero zadzwoń – powiedział Piotr. Wiecie jak się poczułem? Z jednej strony chciałem, aby ktoś mi pogratulował mojego sukcesu. Oczywiście Piotr to zrobił, ale nie było w tym entuzjazmu jaki tryskał ze mnie, choć jego stwierdzenie obudziło we mnie chęć złowienia jeszcze większej ryby.

Po tym ostudzeniu przez kolegę łowię dalej. Kilkadziesiąt metrów niżej jest dość trudna i niedostępna skarpa, a pod nią oczkuje kolejny pstrąg, lecz ignorował moje muchy. Nie miałem 100%-go pomysłu jak się do niego dobrać, bo byłem po niewłaściwej stronie „rzeki” jeśli chodzi o ten odcinek. Idę dalej i na zaczepie urywam cały zestaw, co ponoć na Porze jest rzadkością. Później łowię krótkiego pstrąga – 30-ci parę centymetrów, tak krótki. Na Bobrze z kolegami stwierdzilibyśmy, że już taki ładniejszy, a tu krótki i nie ma co sobie głowy zawracać :-). Idę i łowię dalej poznając nowy odcinek „rzeki”. Udaje mi się jeszcze złowić jednego pstrąga około 35-ciu centymetrów. Nic więcej tego dnia, choć ja i tak jestem bardzo zadowolony, a wręcz spełniony. Krótka sesja, a tak obfita.

Wracam do auta. Przebieram się, robi się już ciemno. Pakuję rzeczy do bagażnika, siadam na ławeczce przy kapliczce i zapalam "ćmika". Myślę, raduję się i puszczam dym przed siebie patrząc się na pojawiające się gwiazdy na ciemnym niebie – jak mi się nie chce wracać do Józefowa. Muszę wsiadać w auto i do ośrodka.

Wtorek

Tego dnia umówiony byłem z Zeusem (Marcin Leus), że po dyżurze przyjedzie ze mną połowić, abym nie był sam i nie płacił tzw. frycowego :-) :-) :-), które już mi się wydaje, że spłaciłem przez tyle lat. Dołącza również do nas Piotr Olcha, który pierwszy zajechał nad rzekę od Radecznicy w górę. Informuje nas, że już złowił pstrąga 50cm, co rozpaliło nasze apetyty. Przesiadamy się w Zeusa auto i jedziemy polną drogą na łowisko powyżej źródlisk. Zeus postanowił uczyć Piotrka łowić na muchę, a mnie skierował nieco niżej, z dala od nich, abym czasem nie przeszkadzał :-) :-) :-). W kilku pierwszych rzutach łowię szczupaczka. Po chwili koledzy schodzą, mijają mnie. Poniżej mnie łowią po pstrągu, co zaczyna mnie lekko frapować i odpowiadam sobie – znają miejscówki i nie ma się co dziwić.

Piotr Olcha z 40-takiem

Mijamy się co jakiś czas i rozmawiamy. Chmury wysoko, padać nie powinno, a pstrągi jakieś niemrawe. Moje morale lekko spadło. W pewnym momencie jesteśmy wszyscy koło siebie, zapalamy po „ćmiku” i dywagujemy. Zaczynam łowić tuż za dopływem ze źródliska. Obławiam dużą kępę trawy, która sprawiała mi problemy, bo miałem na niej kilka razy zaczep. Straciłem już wiarę, że w tym miejscu może być pstrąg. Rzucam ostatni raz, muchy powoli napływają na kępę, przepływają nad nią, a ja rozmawiam z Zeusem. Nie skupiam się za mocno. W pewnym momencie czuję przytrzymanie i jestem przekonany, że to kolejny zaczep o trawy. Nie patrząc się próbuję wczepić muchy z zaczepu, gdy po chwili uświadamiam sobie, że na wyjściu traw mam na haku pstrąga.

Grzylek holuje 50-taka

Adrenalina zaczyna działać, a ja tnę z opóźnieniem. Na szczęście ryba jest moja. Miała przez dłuższą chwilę przynętę w pysku i nic nie robiła, dlatego byłem przekonany, że to przytrzymanie przez trawy. Hol był dość krótki, ale emocjonujący od momentu, gdy Zeus krzyknął: „No Grzylas, masz swoją pięćdziesiątkę!!!”

Hol 50-taka

Wtedy zacząłem się bać, aby mi mój pstrąg, mój „kaban” nie spadł z haka. Marcin go sprawnie podebrał i mam swoją pierwszą 50-kę.

Grzylas z 50-takiem

Cieszę się jak dziecko. Sesja fotograficzna i ryba wraca do wody, a ja jestem jeszcze bardziej zadowolony, że dzisiaj już druga półmetrówka wraca do wody. Następnym razem jak będziemy tu łowić, to będą tylko większe :-) :-) :-) – i o to chodzi.

Zadowolony Grzylas po wypuszczeniu 50-taka

Dzwonię po kolegach i chwalę się, że po raz kolejny pobiłem swój rekord, że jestem szczęściarzem, że ….. ….. ….., no sami wiecie jak to jest, a tu w tym czasie Zeus łowi „kropę” większą o kilka centymetrów od mojej – żyć nie umierać.

Lądowanie 50-taka

Marcin Leus z 50-takiem

Artur Dac, z którym w tym czasie rozmawiałem nie mógł przeżyć tego co słyszał i bardzo żałował, że nie zabrał się ze mną na Roztocze i powiedział, że się rozłącza, bo te wiadomości nie są na jego rozkołatane serce :-) :-) :-). Na nasze to jak „miód na chleb”. Schodzimy niżej, ale już bez jakichś dużych efektów, choć wiara się umocniła jak również i oczekiwania – jeden mały, miarowy pstrąg. Jeszcze tuż przed mostem Piotrowi szczupak dwa razy uciął zestaw.

Kończymy tę sesję, a Piotr jedzie do domu. Pakujemy się w auto i jedziemy w inne miejsce – dużo poniżej Zakłodzia. Wjeżdżamy daleko w łąkę, bo Zeusa auto ma takie możliwości :-) i tam zostawiamy samochód. Na początku tej sesji łowimy po krótkim pstrągu, a Zeus dodatkowo po chwili wyciąga kolejną dużą rybę – to już czwarta 50-tka tego dnia, a jego druga. Łowimy dalej podekscytowani i napaleni. Po chwili łowię pstrążka, takiego 35cm, a Zeus wyciąga czterdziestaki. Powoli ta sytuacja zaczyna mnie frapować, bo dostaję baty od kolegi i to solidne. Schodzimy niżej. Za bobrowiskiem Zeus wyciąga mutanta!!! Dostaję szału, bo mi w tym miejscu nie wziął, a jemu w drugim rzucie. Pstrąga grubego jak kłoda. Oszacowałem tego pstrąga na 60-taka, ale miał „jedynie" – tak jedynie 51cm i ponad dwa kilo – ale smok.

Marcin Leus z kabanem

Marcin Leus z mutantem

Myślałem, że podczas holu eksploduję z wrażenia jak ta WIELKA, piękna ryba pływa pod powierzchnią wody – prześliczny widok. Marcin wcale się nie śpieszył z holem. Nie mogliśmy się napatrzeć jak on pięknie pływa pod powierzchnią wody. Patrząc ze skarpki na tak dużą rybę, aż się chce żyć i wrzeszczeć, aby wszędzie było tak rybnie. Z takim rozpędem wskoczyłem do wody, aby go wyholować, że nie zważałem, czy pod skrpką jest głębiej od wysokości moich spodniobutów, na moje szczęście nie było głęboko. Do podbieraka się nie zmieścił, ale najważniejsze, że udało mi się go bezpiecznie wylądować.

Grzylas wypuszcza mutanta

Grzylas wypuszcza kabana

Tego dnia złowiłem swoją kolejną życiówkę, a przy Zeusie nie ma się czym chwalić, ale dał mi baty. Powoli kończymy dzisiejsze łowienie. Uradowani i niesamowicie spełnieni (przede wszystkim Marcin) wracamy do auta. Na środę jestem umówiony z Piotrkiem Lubiarzem. Pożegnanie Zeusa ze mną wyglądało tak, że wymieniliśmy się przyjacielskim misiowym uściskiem, a do ucha usłyszałem: „ale Ci d..ę złoiłem” – święta prawda, ale i tak cudownie było. Dzięki za wszystko.

Środa

Na ten dzień umówiony byłem z Piotrkiem Lubiarzem o 7:00 rano na moście w Zakłodziu. Spóźniłem się troszkę, bo zapomniałem zabrać „gacie" i musiałem zawrócić. Jadę zmęczony, bo jakoś ostatnio tyle się nachodziłem i tak mało spałem przez "wesoły autobus" i takiego jednego z Lublina :-) – człowiek mieszczuch nieprzyzwyczajony do wysiłku przez tyle dni.

Witamy się na moście i ustalamy plan działania na najbliższe dwie – trzy godziny. Przepakowuję się do samochodu Piotra i jedziemy pod młyn. Wędkujemy na zmianę i rozmawiamy o wielu różnych sprawach. Bardzo miło nam się gaworzy, a i przy okazji łowimy po kilka, jak to Piotr mówi – chlapaczy (pstrągi do 35cm). Aż dziw nas bierze, bo ponoć takich nie powinno być w Porze (tak jak mówił Prezes) a jednak są. Co się stało z dużymi? Może teraz młodzież „gryzie" jak duże są pochowane w dołkach – hierarchia posiłku. Lampa coraz mocniejsza, a my całe szczęście na jedynym odcinku między drzewami – dobry plan, bo się nie wykończymy przez pierwsze godziny łowienia. Dochodzimy do mostu bez dużej ryby. Piotr proponuje abyśmy obłowili jeszcze ze 200m poniżej drugiego mostu, bo tam lubią stać – kabanki. Na most podjeżdża Piotr Olcha oddać mi popielniczkę, którą wczoraj pożyczył. Złowił też w górze kilka do 35cm i nic większego. Taki widocznie dzisiejszy dzień.

Postanawiamy z Piotrem zjechać na kolejny most i zrobić odcinek od trzeciego mostu w dół. Jak postanowili tak zrobili. Upał coraz większy i nic nie zapowiada na „duże efekty". I zaś sobie prowadzimy konwersację, czas leci szybko jak się miło rozmawia. Mijamy się co chwilę. Łowimy po kolejnym chlapaczu, Piotr nawet ze dwa w kilka chwil. Dużej ryby jednak brak. Przesuwamy się po kawałku coraz niżej i tylko słyszę od Piotra, że na SWI tu złowił 50-taka, że tu też, i tam też. Może łatwiej byłoby powiedzieć, gdzie nie złowił tyle ich padło :-).

Staję przy trzcinkach, a Piotr mówi, że tu też złowił kabanka – znaczy się pięćdziesiątaka. Rzucam i nic. Piotr mi mówi, że mam rzucić dalej. Ponawiam rzut, trochę dłuższy, streamery spływają, szarpnięcie sznura, zacinam – siedzi!!! Holuję go nie walczy za specjalnie. Piotr szykuje aparat. Już mam brać go w podbierak, a Piotr mówi, że jeszcze nie bo zrobimy mu i mi sesję zdjęciową – no jak mam się nie zgodzić. Jedno zdjęcie pstryk i ryba również „pstryk" – spięła się. Nic się nie stało, bo i tak do wody by wróciła. To co mi się podoba w tym brzydkim Porze, to to, że jest w nim MAGIA DUŻEJ RYBY, niesamowita adrenalina, podniesione przez to ciśnienie i człowiek cały czas czujny, bo to może właśnie brał albo weźmie ten największy. Dodatkowo najfajniejsze jest w tej rzece to, że ryby wracają z powrotem do wody i oby tak było zawsze. Wtedy ma się uśmiech od ucha do ucha, a świadomość, że za rok jak się tu przyjedzie to będą tylko WIĘKSZE – pod warunkiem, że Prezes nie „zwafluje" (przepraszam za kolokwializm) i nie zmieni statusu rzeki – oby tak było. KOLEDZY NACISKAJCIE PREZESA MOCNO!!! Chwilę po mojej rybie w tej lampie Piotr zacina też 50-tkę, która robi młynek i ryba spada – nie martwi się i mówi, że będzie następna. Łowimy dalej. Niestety nie trafiła się już duża „kropka”, tylko kilka „chlapaczy” – tak chlapaczy :-). Robimy sobie przerwę na obiad.

Pojechaliśmy zjeść obiad do Szczebrzeszyna do knajpy, którą polecił nam Piotrek. Zasypiałem po drodze i to kilka razy. Knajpka nie wyglądała za dobrze, a ja na początku źle ją oceniłem. Mają w większości włoskie menu, ale wiedzą o co chodzi. Jedzenie było przednie, wracam honor. Po posiłku wracamy nad rzekę. Postanawiamy skupić się na „autostradzie” (tak na muchostradzie tu gdzie wyrobiłem sobie niechlubny pogląd na temat Poru, jak to człowiek szybko zmienia zdanie :-) ), ale dopiero na wieczór, a od popołudnia trochę wcześniejszy odcinek – jak dobrze pamiętam, to od bobrowiska.

Po dobrym jedzeniu humory nam dopisywały jeszcze bardziej, a tematyka dyskusji poszerzyła się ogromnie lecz niestety ryby przestały brać i to nawet zastrajkowały „chlapacze”. Będą brały wieczorem na „autostradzie” te SMOKI – tak sobie mówiliśmy :-). Łowimy dalej i rozmawiamy mijając się co chwilę. Piotr jak to pięknie mówił, że jest tu dla mnie, co ciekawsze miejsca wskazywał i mówił, gdzie i jaki pstrągal siedzi – dzięki Piotr. Niestety strajk to strajk. Dochodzimy do „autostrady” – a miałem nigdy tu nie przyjechać – tak mówiłem dwa lata temu, MAGIA DUŻEJ RYBY zwyciężyła. Gdy już jesteśmy na miejscu czuć w powietrzu napięcie i zapach DUŻEJ RYBY. Nasza dyskusja z minuty na minutę słabnie, a każdy stara się wszystko robić perfekcyjnie. Przykładamy się do łowienia jakby miało to być nasze ostatnie łowienie. Słońce coraz niżej na niebie, co czuć po coraz większym chłodzie i dreszczach z napięcia. Zdajemy sobie sprawę, że z chwili na chwilę, z kolejnym krokiem do przodu, z rzutu za rzutem, mamy coraz mniejsze szanse na złowienie tego kolejnego pięćdziesiątaka – NIE!!! NIE!!! NIE!!! nie pięćdziesiątaka, a sześćdziesiątaka. Pięćdziesiątaki już złowiliśmy, teraz czas na coś większego, na jegomościa sześćdziesiątaka. Mgła powoli zaczyna się unosić z nad wody, a my już wcale nie rozmawiamy ze sobą, ani jednego słowa. Piotr idzie pierwszy, bo ja zamarudziłem nad jednym oczkiem, bez efektu. Zrzut za rzutem, centymetr po centymetrze, dosłownie skanujemy wodę i robimy tzw. echo dna. Każde przytrzymanie linki przez zahaczonego streamera o źdźbło trawy wodnej to o mało nie zawał serca. Ta rzeka, a raczej rów z wodą, przez te OGROMNE rybska powoduje w człowieku tyle emocji, że nie można się uspokoić. Nagle jest!!!, niestety tylko oczko na wodzie, ale mamy nadzieję, że to spowoduje brania. Tak jak już wspominałem nie rozmawiamy ze sobą, a obaj widzieliśmy te oczko pomiędzy nami. Piotr wskazuje mi ręką gdzie było, a ja skinieniem głowy potwierdzam, że będzie to moim celem za klika kroków. Poruszamy się niczym koty, linki kładziemy na wodę jak najdelikatniej, iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii, i dalej się ręce trzęsą. Już widać most. Przez to coraz bardziej zależy nam na złowieniu sześćdziesiątaka i można przy potencjalnym braniu przysłowiowo spieprzyć, ale najpierw niech będzie to branie. Przy takich emocjach myśli się o wszystkim, a przecież jeszcze nic się nie wydarzyło. Słońce już zaszło za lasem, a my dalej bez brania. Mgiełka coraz większa nad wodą. Przecież nas nie widzą, no to mogą brać. Ja powoli nie mogę, czuję jak krew mi się gotuje. Ręce się pocą jak podczas jazdy pustą autostradą ponad 200km/h, niby nikogo nie ma na drodze, bezpiecznie a i tak dłonie się pocą. Niestety dochodzimy do mostu bez brania. Bywa i tak. Emocje opadają, może przez chwilę lekkie zawiedzenie, ależ NIE!!! Jak można być zawiedzionym po takim dniu? Taki emocjonujący i przemiły dzień obfity w tyle dużych ryb – jeszcze raz dzięki Piotrze. Nie ma drugiej takiej rzeki, a raczej rowu z wodą, który da takie emocje i pozwoli na złowienie ponad dwudziestu pięćdziesiątaków w przeciągu tygodnia.

Czwartek

................. bez porannej sesji, bo sobie dobrze i długo pospałem. Potem jadę na obiad do Szczebrzeszyna. Po drodze dzwonię do Piotra, do Zeusa i do Marka, aby ustalić odcinek. Wysłuchawszy trójki podejmuję decyzję – Turobin.

Nie znając odcinka zaszedłem za wysoko (jak wskazywał Piotr). Łowię kilka „chlapaczy”. Po godzinie dopada mnie burza, jestem całe szczęście na jej skraju, ale pioruny dalej są częste, siadam w rowie, wędkę zostawiam daleko od siebie, zapalam ćmika, bo pewnie zaraz wszystko przemoknie – kurtka w aucie. Popadało ze 40 minut. Mokry jestem, ale to w łowieniu nie przeszkadza. Wyszło słonko i jeszcze mnie lekko grzeje i suszy. Widzę kilka oczek, z których udaje mi się wyciągnąć tylko dwa „chlapacze”. Czyżby duże ryby pochowały się od wczoraj? Później mam pecha, bo co chwilę urywam zestaw much i kwadrans poświęcam na wiązanie i wiązanie. Czuję jakiś dziwny chłód na plecach, i widzę falkę na wodzie. Może wiatr ruszy ryby? Po chwili się zastanawiam dlaczego ten wiatr taki chłodny i jakoś tak ciemno. Obracam się do tyłu, a tu druga burza. Trzeba spieprzać do samochodu, a on tak daleko. Niestety muszę kończyć wędkowanie. Jeszcze trochę idę i rzucam co chwilę do wody, bo trudno mi się rozstać, ale trzeba przyspieszyć kroku. Nie widać zbiórek na wodzie, więc nic mnie nie motywuje do ponownego moknięcia. Idę do auta. Wracając widzę wędkarza, który jeszcze się czai za pstrągami, on ma auto blisko, bo wiedział jak dojechać w to miejsce i miał czym. Dokładnie nie wiem co to za auto, bo zza traw wystaje tylko dach. Ja mam doświadczenie w burzach, bo dochodząc do auta zaczął padać deszcz. Udało mi się przed kolejną burzą uciec. Tak kończy się moja tegoroczna przygoda z Roztoczem i Porem. Dwa razy pobity rekord życiowy, mile spędzony czas z kolegami, a dwa dni WYSOCE ROZRYWKOWE – a co sobie mamy żałować :-) :-) :-).

Dziękuję wszystkim, a przede wszystkim wodzie i okolicy. Do zobaczenia niebawem.

Piątek

.................... z przebojami, ale wróciłem do Wrocławia i zaś auto do mechanika – ch.. z autem, co sobie połowiłem to moje :-) :-) :-).

Dzięki serdeczne dla Marka za organizację kolejnego RSWI, dla Zeusa za skarpetki i żyłkę oraz wspólny dzień, dla Piotra za cały przemiły towarzysko i wędkarsko dzień, dla Grześka, Krzyśków i Marka za „wesoły autobus”, i tak mogę wymieniać i wymieniać. Żałuję, że już musiałem wrócić, ale może niebawem wrócę i Was miejscowych nawiedzę. Już mi się za Wami tęskni, bo cośmy się naśmiali i nabawili, a przy tym nałowili to nasze. Teorie kolegi Marka są prawie genialne, co nas bawi do teraz. Nie wszyscy rozumieją tę końcówkę, bo ich z nami nie było – trudno się mówi.

Pozdrowienia Grzylek – ostatni roztoczanin

P.S.

Pisząc ten artykuł po kilku miesiącach, wiem od kolegów, że znowu melioranci niszczą Por i inne rzeki Lubelszczyzny, że władzom PZW zbytnio nie zależy na walce z „betonowymi głowami” meliorantów i osób, którym zależy tylko na łatwym zarobku. Nie ma tu logiki, a dewastacja środowiska naturalnego podczas chociażby tarła pstrąga jest prawnie zabroniona. Wiem też, że najprawdopodobniej status rzeki Por jako odcinek „No kill” nie będzie utrzymany na rok 2009. Nie są to dobre wieści. Apeluję do Was o rozwagę i dbajcie o swoje rzeki, bo jeszcze macie o co walczyć. Nie zaprzepaśćcie szansy jaką macie.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Andrzej Reschke

Pięknie to opisałeś..
Pozdrawiam

Początek


RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusSklep wędkarskiFundusze ETF: ETF.COM.PLŁowiskaDyskusje wędkarskieHydroizolacja - Osuszanie bydynków