Lewe menu


Right menu

Szukaj


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Wędkowanie i SWI/Powitanie Nowego Roku 

Powitanie Nowego Roku

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 8822 
Komentarzy: 0 
ID: 13390 
Węzeł: 11409 
Andrzej Trembaczowski

Wyrosłem z Sylwestrowego szaleństwa, nie bawią mnie pirotechniczne popisy, śmieszą licytacje; kto ile zjadł, ile wypił. Ile kosztowała balowa suknia, ani do której imprezowano. Nie wiem, może się zestarzałem? A może dostrzegam w tym jakiś bezsens? Przesadzam, w końcu nic złego, że ludzie się bawią i cieszą, a do radości każda okazja jest dobra. Niech więc każdy się bawi po swojemu, jak umie. Ja też lubię zabawę, lubię się cieszyć, wcale jeszcze nie skapcaniałem. Jednak zamiast świętować zmianę daty, zamiast cieszyć się, że jestem starszy, że coś mi bezpowrotnie umyka, wolę radować się z rozpoczęcia Nowego Sezonu. Pstrągowego rzecz jasna!

Jest tak, na Lubelszczyźnie, że część rzek wpada do Wisły powyżej, a część poniżej umownego kilometra. W części więc wolno łowić pstrągi od pierwszego stycznia, a w części dopiero od pierwszego lutego. Nie wynika to niestety ani z klimatu, ani z szerokości geograficznej, lecz ze zlewni, i mimo że górny Por i górna Biała Łada płyną tuż obok siebie, mimo że warunki klimatyczne są podobne, jedna rzeka wpada do Tanwi, a ta do Sanu, a ten do Wisły poniżej umownego kilometra. Druga zaś do Wieprza, a ten do Wisły już dalej na północ. Umowna to sprawa, ale na całe szczęście skoro jest wybór, dla nas, pstrągarzy z Lubelszczyzny, nieistotna. W końcu niech choć w części rzek sezon ochronny trwa dłużej, a spragnieni spotkania z kropkowańcem mają: Wieprz, Por, Bystrą, Bystrzycę z jej dopływami a także Chodelkę, kawałeczek Wyżnicy i pół Urzędówki. Zawsze to coś i jest gdzie pojechać.

Jest gdzie pojechać, ale kogo bym nie zapytał, gdzie pojedzie, to każdy wymieniał jedną rzekę: Por. Wiadomo, to rzeka ostatnio bardzo popularna, rzeka, w której spotkanie z tym większym stało się najbardziej prawdopodobne. Rzecz jednak złudna... Por nie jest ani zbyt łatwą, ani zbyt piękną rzeką. Być może byłby taki, gdyby przed laty jakiemuś szalonemu naprawiaczowi świata natchnionemu komunistycznymi naukami, nie spodobało się zamienienie jej we wzorcowy kanał: prosty, równy, pocięty kilkoma jazami. Jakiś uczony inżynier obeznany z techniką kopania rowów, postanowił uczynić nadrzeczne łąki jeszcze lepszymi. Zapomniał jednak o podstawowych prawach hydrostatyki. Skupił się na kontrolowaniu przepływu czy raczej spływu wody, nie zadał jednak sobie trudu i nie pomyślał, skąd się ta woda bierze? Zapomniał, czy nie przewidział, że skoro rzeka płynie doliną wśród roztoczańskich wzgórz, będzie zawsze zasilana silnymi źródliskami i żadne wykopki, żadne drążenie rowów tu nie pomoże. W tych czasach zresztą wody nie brakowało i nikt nie myślał o przyszłym jej deficycie, o suszy. Wtedy walczono z mokradłami, więcej, osuszanie mokradeł uważano za synonim postępu. A „postęp” był sprawą polityczną. Por więc wyprostowano. Zamieniono w kilkudziesięciokilometrowy kanał, gdzie co kilometr, geometrycznie prosta linia zakręca lekko, co kilka kilometrów jest jaz piętrzący nieco wodę, a drzewa nad tym smutnym wielkim rowem też pojawiają rzadko. Geograficzny skrótowy opis tej rzeki czytelnik znajdzie tu:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Por_(rzeka)

Przed wielu laty, na przełomie szesnastego i siedemnastego stulecia Szymon Szymonowicz, poeta mieszkający w Czernięcinie pisał:

Tu wdzięczny cień,
Tu chłód pod bukami,
Tu wesoły pozór
Tu z pasz do rzeki same idą woły
Tu Por w brzegach zieloną trzciną otoczonych
Dostarcza wód...

więcej o Czernięcinie tu: http://horajec.republika.pl/publik5.html

Poezja... Rzeczywiście obrazy przeszłości...Gdzież ten cień, gdzież te buki? Dawno je powycinano... Dziś Por to smętna rzeka, monotonna, dla wędkowania beznadziejna. Na szczęście zachowała czystą źródlaną wodę. Na szczęście znaleźli się ludzie, miłośnicy kropkowanej ryby - więcej, jej fanatycy – którzy wpuścili tam pstrągi. Najpierw cichcem, potem w majestacie prawa. I pstrągi tam się przyjęły. Znalazły czystą wodę i pokarm – dopasowały się. Dostosowały, do nietypowych zdawałoby się warunków. Dostosowały i pięknie urosły. Odbywają także co roku udane tarło. Chwała więc tym, którzy te pstrągi wpuścili. Pstrągarze z całej Lubelszczyzny, i nie tylko, powinni codziennie odmawiać zdrowaśkę za ich zdrowie, a nawet kiedyś postawić pomnik. Nie przesadzam, był to pomysł trafiony w dziesiątkę: smutny, nudny kanał, taki od płotek i karasków, cierników czy, co najwyżej marnych szczupaczków, stał się rzeką pstrągową i to jedną z lepszych w Polsce. Przynajmniej na razie.

Początkowo o tych pstrągach wiedziało niewielu, a ci, którzy tam próbowali, zniechęcali się szybko. Ta rzeka potrafi upokorzyć. Puste łąki, monotonne trzcinowiska i kanał prosty jak spod linijki, taki sam, na każdym metrze, bez wyraźnych miejscówek, latem zarośnięty i niedostępny. Wiatr wiejący po pustej, nie zadrzewionej przestrzeni, i dziesiątki – co tam – setki, wiele setek pustych rzutów. Bez brań, bez wiary w branie, bez cienia nadziei. Dwie, trzy takie wyprawy na pusto i człowiek ma dosyć. Nie wierzy ani w rzekę, ani w te pstrągi. Wystarczy jednak spotkanie z pięćdziesiątakiem, rybą trudno dziś już niestety osiągalną na innych rzekach, aby pojechać tam znów i znów, licząc na powtórny łut szczęścia.

I tak Por stał się sławny. Magia spotkania z dużym pstrągiem jest bowiem wielka. Tych dużych szukano przedtem na Wieprzu, a wcześniej na Bystrzycy (o Bystrej czy Białej Ładzie już nie wspomnę, bo to było dawno i nie wszyscy to pamiętają). Rok temu najwięcej tych ładnych pstrągów złowiono na Porze. Rok temu... Jak będzie w tym sezonie? Przecież nie można czerpać bez końca? Jeden wędkarz nie przełowi rzeki, ani kilku wędkarzy. Kilkudziesięciu dziennie może jednak każdą rzekę zamienić w pustynię. Na całe szczęście Por nie jest typową rzeką i tamtejsze pstrągi mają bardzo szczególne obyczaje całkiem odmienne i niezwyczajne. I kiedy minie szalony okres zimowy, w którym wyposzczone po tarle pstrągi żrą żaby, a wyposzczeni okresem ochronnym pstrągarze łowią je na spinningowe przynęty, kiedy nadejdzie czas obfitości, czas wybrednego podniebienia i wybrzydzania, pstrągi, te, które przeżyły początek sezonu, a zwłaszcza te, które przeżyły spotkanie z wędkarską przynętą, staną się cwane, ostrożne i wybredne. I za nic mieć będą wszelkie wędkarskie sztuczki. Mogą spokojnie rosnąć i czasem przyprawić kogoś o silne bicie serduszka swoim widokiem. I będą nietykalne, bezpieczne, aż do następnego tarła, kiedy w miłosnym zapamiętaniu stracą swą czujność i mogą stać się łatwym łupem, a potem kawałkiem mięcha, zakąską dla jakiegoś chama. Por na swe szczęście ma jednak opiekunów i choć nie mogą być zawsze i wszędzie nad wodą, potrafią ocalić znaczną część pstrągów. To dzięki nim ta rzeka nadal jest atrakcyjna. Na to liczą pstrągarze i dlatego właśnie tak wielu tam właśnie postanowiło rozpocząć sezon.

Wyjechaliśmy i my, we trójkę: Leszek, Piotr i ja. Umówiliśmy się na... na siódmą. Niezbyt to wcześnie, o tej porze można już byłoby łowić na Porze, ale po Sylwestrze?

Szósta rano, co za idiotyczna pora. Aaaaaa... Jak ja nie lubię rannego wstawania... Te dwie godziny snu to za mało. Człowiek jest półprzytomny. Dobrze, że wszystko od wczoraj naszykowane, plecak spakowany, nawet herbatę w termosie zrobiłem wcześniej. O siódmej ma po mnie przyjechać Leszek. Zbieram się więc szybko, pamiętając, by nie zapomnieć wędki.

Po drodze zabieramy Piotra. W Lublinie zima. Prawdziwa zima; sypie śnieg i ciągnie zimnym, wilgotnym i przenikliwym wiaterkiem. Nie jest zbyt sielankowo. Ulice puste, tylko taksówki rozwożą balowiczów. Za Lublinem to już zima, jak z obrazka; białe pola, szosa zawalona śniegiem. Ślisko, tu już nie posypali. Na szczęście ruch minimalny. Bez szaleństwa dojeżdżamy na ósmą z groszami pod młyn. Tam już od ósmej czeka Mirek, możemy więc kupić zezwolenia na wody zamojskie, oddać zeszłoroczne rejestry, otrzymać nowe. Co za wygoda. Jak na Zachodzie. Czy my wszyscy docenimy pracę Mirka? Nie my jedni, pod młynem stoi już kilka samochodów. Składamy sobie życzenia i spokojniutko, bez pośpiechu jedziemy... no właśnie, dokąd? Na razie w dół, „na Mosty”.

Nie jesteśmy pierwszymi. Na każdym moście samochód, pomiędzy nimi też widać sylwetki wędkarzy. Jedziemy w dół, i w dół, aż pod Tworyczów. Wszędzie tak samo. Samochody z lubelską, z zamojską i z chełmską rejestracją. Wszędzie ktoś jest, wszędzie ktoś łowi, albo zaczyna. Pewnie, że rzeka tu w dole większa, i są tu zwaliska (przynajmniej kilka się jeszcze ostało), i zawsze można na coś liczyć. Pewnie, że
idący ostrożnie pstrągarz wszystkich pstrągów nie spłoszy i wszystkich nie wyłowi. Ale poprawiać po kimś? Jakoś tak trochę nie bardzo, psuje nam to przyjemność otwarcia Dziś, na początku sezonu człowiek chciałby mieć wodę dla siebie. Dziewiczą, nietkniętą... Przynajmniej kawałek, przynajmniej tych kilkaset metrów... Nie, poprawiać po kimś nie będziemy, jakoś nam to nie pasuje...Trudno, nie chciało się wstawać o piątej...

Wracamy więc w górę, obserwując po drodze rzekę. Zatrzymujemy się na nieciekawym odcinku pomiędzy chałupami. Rzeka tu wolna, bardzo wolna, szeroka, głęboka, taki szczupakowy kanał. No i te chałupy... Ale nie ma nikogo i śnieg nie podeptany. Rozwijamy się więc, pijemy szybko po łyku gorącej herbaty. Razem z Piotrem spełniamy toast za ten nowy rok, także w imieniu Leszka. Rytuał spełniony. Rozstawiamy się. Próbujemy szczęścia w tej wodzie.

Por szybko oduczy typowego pstrągowania. Co znaczy zresztą „typowe pstrągowanie”? Podręcznikowe? Ktoś, kto już trochę w życiu połowił, przekonał się, że nie ma podręcznikowego łowienia. Podręcznikowego - hahaha! Napisał ktoś kiedyś, dawno temu, że pstrąg, to „ryba, którą trzeba wychodzić”. Inaczej, że na sukces pracuje się kilometrami przedreptanego brzegu i statystyką wykonanych rzutów. „Ryba pierwszego rzutu”. Hahaha! Nic bardziej błędnego! Szkoda, że ktoś tak napisał, bo czasem spotyka się jeszcze zwolenników takiej szkoły. Ganiają po rzece na wyścigi, zaliczają miejscówki: rzut, czasem ewentualna poprawka, i dalej. I dalej, dalej, dalej. I prędzej, aby zdążyć do następnego miejsca przed tym drugim, przed obcym. Aby uprzedzić go. Niestety, niektórym takie łowienie odpowiada, pasuje im do temperamentu i latają po rzece. I psują miejscówki. Płoszą. Tymczasem pstrąg to ryba, która wymaga wypracowania. Cierpliwości, może nie jak w grunciarskim wysiadywaniu na stołeczku, ale w doborze przynęt, w sposobie ich podawania. Liczą się czasem niuanse, centymetry. Liczą się szczegóły pracy przynęty, głębokość i prędkość prowadzenia. Inaczej figa. I można potem mówić o bezrybiu...

Cóż jednak po precyzji, gdy zimno, gdy wieje i wiatr przenika pod kurtkę? Człowiek opatulony w grubą odzież porusza się ciężko, niezgrabnie, niczym kukła. Cóż z tej precyzji, skoro uparłem się łowić plecionką? Przelotki obmarzają, nawet zwoje plecionki na szpuli kleją się do siebie. Przynęta zamiast pod drugim brzegiem pada pod moim i to niedaleko, pod nogami. Gdzież ta precyzja? Nie, to nie ma sensu... A Leszek już ma! Już holuje. Wyjmuje z wody szczupłego szczupaczynę. Niewielkiego, trochę ponad 30 cm. Taki śledź. Ludowa nazwa „scubełek” pasuje jak najbardziej. Zaczepił się na szczęście ten „scubełek” lekuchno, tak, że ani żyłki nie uszkodził, ani siebie. Grzeczny, nie odgryzł jiga. Wraca do wody. Po chwili Leszek ma następnego – ten spada w wodzie, bez wyjmowania. Jeszcze grzeczniejszy.

W kieszeni brzęczy komórka – kolejny esemes z życzeniami. Darujcie kochani, nie odbiorę, nie teraz. Musiałbym odłożyć wędkę, sięgnąć pod kurtkę, wyjąć komórkę, z drugiej kieszeni wydostać okulary, zmienić je... Nie, nie tym razem, odbiorę i przeczytam później. I odpiszę. Wiem, że mi dobrze życzycie, ja też Wam dobrze życzę, ale teraz akurat łowię pstrągi. Wiem, że dla wielu może to nietypowe zajęcie w Nowy Rok i skąd u licha moi znajomi i przyjaciele mają wiedzieć, że teraz nie mogę odebrać? Myślę, że mi darują...

Woda ciemna, zdaje się czarna w porównaniu z białymi brzegami. Biel wokół, wszystko ośnieżone, przeciwległe pagórki i szosa, po której czasem coś wolno przejedzie. Pusto, ludzie śpią. Drobny śnieżek wciska się pod okulary, kłuje w oczy, zamazuje horyzont. W tej szarobiałej mgiełce majaczą w oddali kontury kościoła w Radecznicy. Słychać stamtąd dzwony, ich głos niesie się daleko. A woda ciemna i gładka jak oliwa. Martwa. Nic nie zakłóca gładkiej tafli. Pod brzegami bure kłęby roślinności, czasem resztka zmrożonej zieleni. Tuż przy nich stadka niewielkich cierników. Miejscami nieduże wcięcia w linii brzegu, takie maleńkie zatoczki, to bobrowe kanały. Woda w nich bardziej zmącona - bobry są aktywne. Na brzegu świeże zgryzki, z tej nocy. Widać balowały. A woda jak martwa... Dosyć. Decyduję się w końcu na zmianę szpuli. Oznacza to zdjęcie plecaka, włożenie okularów, przeciągnięcie ledwo widocznej żyłki przez wszystkie oblodzone przelotki. Ale przy okazji mogę się napić herbaty, no i przeczytać wszystkie nadesłane esemesy. I co za ulga! Teraz dopiero mogę naprawdę łowić!.

Staranne, precyzyjne - w miarę, toż to w końcu pierwszy wyjazd po długiej przerwie – prowadzenie przynęty w końcu owocuje. Raptem czuję, że coś się powiesiło na wędce. To nie pstrąg, wiadomo, to branie typowe dla szczupaczka. Wyjmuję z wody może czterdziestocentymetrowego „scubełka”.
– To już czwarty na tym odcinku – mówię do Leszka.
- Piąty – odpowiada.
On sam miał już cztery, wszystkie podobne: 30 – 40 cm. Miał też na wędce i pstrąga, i to łownego. Pochodził chwilę i spadł. Miał też i zaczep, taki, który „nie chciał ożyć” i stracił na nim jiga. Miał swego pstrąga Piotrek, ładnego, grubego jak karpik – też mu zleciał. A ja swojego nawet nie zobaczyłem – poczułem tylko nagłe, na pewno nie szczupakowe, szarpnięcie, po którymś kolejnym przeciągnięciu przynęty przez ciemną i pustą z pozoru płań.
Minęła pierwsza, spenetrowaliśmy we trójkę może pół kilometra wody. Czas na decyzję: zostajemy? Idziemy dalej pomiędzy chałupy? Czy też jedziemy gdzie indziej? Dzwonię do Piotra, odszedł nieco i czeka na nas na szosie. Zmieniamy miejsce, tylko gdzie? Wszędzie ktoś był i łowił. Do wyboru, albo w dół, na mosty – tam ludzi z pewnością było najwięcej, albo w górę, na węższą i mniej popularną, bo znacznie trudniejszą wodę. Dziś jest lekko trącona, więc może jest tam jakaś szansa?

Jedziemy w górę. Ale upatrzone przez Leszka miejsce okazuje się już zajęte. Przez okno widzimy sylwetkę pstrągarza. Nie będziemy mu wchodzić w paradę, jedziemy dalej i dalej. Na moście pod Turobinem też stoi samochód... W końcu wybieramy się na odcinek poniżej Turobina. Trudny, lecz dziś może być dobry. Zostawiamy samochód i maszerujemy przez śnieżne pole i trzcinowisko. Rzekę wytycza rząd topól. Rozstawiamy się: Piotr w górę, Leszek w dół, ja po środku. Na brzegu natrafiam zawiane śniegiem ślady – ktoś tu już łowił rano, ale to było kilka godzin temu. Dawno, nic nie szkodzi. Do zmroku mamy jeszcze przynajmniej dwie godziny, coś może wylezie przed zmrokiem?

A rzeka wygląda nienajlepiej... To na ten odcinek jesienią wpakowali się melioranci. Z koparką! Mieli tylko „usunąć nadmiar roślinność” w ramach tzw. „konserwacji rzeki”. Tak, jakby przyroda wymagała konserwowania i technicznych zabiegów. Pamiętam, była o to awantura, były uzgodnienia i obiecanki, że tylko ręcznie. Ale termin naglił, ściągnęli zatem koparkę, bo szybciej i łatwiej. Podobno ludzie zbierali pstrągi na brzegu... Podobno, ile tych pstrągów zginęło, nie wiem. Ludzie zawsze lubią opowiadać. Rzekę jednak spaskudzono. Lustro wody opadło, płynie szybko głębokim na dwa metry wąwozem, wody w niej może do kolan. Nie ma tu już dołków na pięćdziesiątaka...
K..., nieładnie przeklinać w Nowym Roku, ale tym, którzy to zrobili, życzę wszystkiego najgorszego. I niech się wypełni.

Idę powoli w górę, nie licząc na nic. Nurt szybki, równe dno, brak miejscówek. Na co tu liczyć? Rzuty w górę nie mają sensu, zbyt szybko trzeba sprowadzać przynętę z prądem wody. Leszek ma lepiej, idzie z nurtem. Nic, do zmierzchu przejdę ten kawałek, przynajmniej do miejsca, skąd zaczął Piotr. O, jakiś karcz się uchował! Typowa zwężka, gardziołko, niżej rynna. Miejscówka! Rzucam w górę, gumeczka spływa w gardziel. Opada w dołek. Idealnie. Nic. Nie ma go - czy nie ma ochoty? Poprawiam, raz i następne kolejne razy. Mijam miejscówkę. Podaję teraz do dołu. Fajna ta gumka, jasna, będzie widoczna w tej szarej wodzie. Może coś wyjdzie przed zmierzchem, teraz, o szarówce? Błysk wody, targnięcie szczytówką. Zapamiętałem długość – około trzydziestki, może więcej. Więc jednak tam siedzi. Poprawić? Drugi raz nie wychodzi. I dobrze, prawidłowo. Idę dalej, trochę teraz uważniej. Mijam kilka takich „prawie miejscówek”. Po zasypanych śladach widzę, że mój poprzednik też je obławiał. Ale nic nie wskazuje, by coś stąd wyjął. Dochodzę w końcu do śladów Piotra, mijam jeszcze kilka drzew, idąc w górę i wracam. Nic. Schodzę w dół. Wkrótce staję nad tym wlewikiem. Podaję z daleka, w napływ. Jestem ciekaw, czy drugi raz wyjdzie? Zresztą, czy on jeden tu siedzi? Miejsc dobrych mało, prawie ich nie ma. Ale nic nie wychodzi z napływu, ani z gardzieli, ani zza przeszkody. Ani z rynny poniżej. Trudno, normalka. Błysk w wodzie i targnięcie. Ten sam, lub taki sam, tym razem dwa metry niżej – widać spłynął. Zmienię gumkę na mniejszą, ciekawe, co zrobi? Targnięcie i kotłowanina pod wodą. Wyskok w górę. Króciak. Przestaję zwijać – niech spada. Spada - to jest zaleta haczyka bezzadziorowego – ryba wraca do swojej kryjówki. Ja też wracam. Składam wędkę. Z daleka widzę nadchodzącego Leszka. Idziemy do samochodu – Piotr już tam na nas czeka. Zdążył zmarznąć. Zwijamy się, pijemy gorącą herbatę, zagryzamy kanapkami i czekoladą. Teraz dopiero czujemy, że nam zimno. Piotr miał kilka króciakόw, Leszek jednego łownego – spadł. Jesteśmy rozczarowani tym odcinkiem i wściekli na meliorantów. Po jaką cholerę zmarnowali rzekę? Komu przeszkadzało, że próbowała odrodzić się po zadanych jej kilkadziesiąt lat temu ranach? Przed jakąż to powodzią, jakim kataklizmem, miały te prace chronić? I co chronić? Nadbrzeżne trzicnowiska położone dwa metry wyżej? Odpowiedź prosta, ktoś chciał zarobić. Ktoś kogoś przekonał, ktoś podjął decyzję, ktoś wydał zezwolenie, zrobiono projekt, kosztorys, plan robót. Zapomniano tylko, że rzeka to nie kawałek miejskiego chodnika, na którym można zmienić płytki na kostkę. Co tam zresztą kogoś obchodzi rzeka? Przyroda? Jak tam zresztą przyroda? Przecież rzeka to ciek. Brzegi i woda. Zielsko zawsze wyrośnie, jakieś robaki w mule żyć będą. A ryby przypłyną. Kaczki na łapach je przyniosą. Przyroda zawsze sobie poradzi...

Ściemniło się. Powoli wracamy do Lublina. Ruch na szosie na szczęście niewielki. Mało komu chciało się dzisiaj wyjechać, do tego w taką pogodę. Mało kto mógł zresztą wyjechać po sylwestrowym balu. Dlatego pewnie nad wodą było nas mniej, niż by być mogło. Ilu? Przed odjazdem zadzwoniliśmy jeszcze do Mirka. Podobno było ze czterdziestu. Złowiono kilkanaście czterdziestaków, dwa większe, dwa duże spadły. Więc nieźle, mimo wszystko. Choć dzień nie był najlepszy. Więc może jeszcze warto będzie tu zajrzeć w sezonie? Na pewno, choć są przecież inne rzeki i są w nich pstrągi. Są, dzięki tym wszystkim, którzy o nie dbają, którzy niestrudzenie patrolują te rzeki, pilnują przed złodziejami. Chwała im za to. Życzę im zdrowia, zdrowia i ładnej ryba na haku.

Andrzej Trembaczowski

p.s.
Wcześniej o pstrągowym otwarciu pisałem:

inauguracja
http://tygodnik.fishing.pl/51/inauguracja.html

otwarcie sezonu
http://klub.archiwum.fishing.pl/tygodnik/5/teksty.php?nr=73

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusPozycjonowanie stronSystemy CMS eZPublishOpen source ERP i CRM - Odoo (dawniej OpenERP)Instalacja i konfiguracja OpenERPPozycjonowanie