Lewe menu


Right menu

Szukaj


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Wędkowanie i SWI/SWI BIESZCZADY 2004 - przygotowania 

SWI BIESZCZADY 2004 - przygotowania

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 4903 
Komentarzy: 0 
ID: 4459 
Węzeł: 3478 
Bartosz  Rozwadowski

Nadszedł czas prawdy. Skoro powiedziało się "A", trzeba powiedzieć i "B". Przygotowania do SWI w Bieszczadach nabierają rozmachu, tak więc najwyższy czas dokonać rozpoznania terenu.

Bieszczady 1

Decyzja zapadła i w nocy z osiemnastego na dziewiętnastego czerwca wyruszam z kumplem Krystianem, bratem Kubą i moją córą Wiktorią do Leska. Podróż przebiega właściwie bez zastrzeżeń (no może troszkę pobłądziłem w Rzeszowie - musiałem nadrobić 80 km.), ale i tak o godzinie siódmej trzydzieści jesteśmy na miejscu. Szybkie przywitanie z Kindżałem - właścicielem campingu - odbiór rejestrów połowu i wraz z kolegą Łukaszem Stefanowskim z Leska wyruszamy nad wodę. Droga do brzegu Sanu wydaję się nie mieć końca (całe dziesięć, no może piętnaście metrów). Wreszcie docieramy i pakujemy się w woderach do bystrej i zimnej wody, w której ławice małych lipieni i pstrągów rozpierzchają się z pod naszych nóg we wszystkich możliwych kierunkach. Pierwsze promienie wschodzącego słońca, przebijające się przez opadającą z wolna poranną mgłę, padają na nasze uchachane twarze.
- Na pewno dzisiaj nieźle połowimy - powiedział jakby bez cienia wątpliwości Łukasz i wykonał kilka próbnych rzutów, które natychmiast swoją cyfróweczką uwiecznił Krystian, bacznie obserwujący nas z brzegu i podziwiający mój "kunszt" posługiwania się muchówką.
Jeszcze kilka uwag odnośnie much na które można by skusić bieszczadzkie fisze i kierujemy się w stronę przeciwległego brzegu, gdzie przebiega głębsza rynna pełna pstrokatych bestyjek i ubiegających się o miano kardynałów, pięknie wysrebrzonych lipieni.

Bieszczady 2

Wykonuję pierwszy rzut i mam branie. Mały niewymiarowy lipień. Drugi rzut, to samo. Trzeci, czwarty, piąty itd. - ciągle to samo. Rzut, branie, hol, odczepianie i "przyprowadź rodziców".
Po trzydziestu minutach Łukasz proponuje, abyśmy przenieśli się kilkaset metrów w górę rzeki na przepiękną i o dziwo pustą jeszcze płań. Powolnym, aczkolwiek zdecydowanym krokiem ruszamy do góry. Wykonujemy pierwsze rzuty i sytuacja się powtarza: rzut, branie, hol, odczepianie itd. Kiedy tracimy już nadzieję na emocjonujący hol, Łukasz zacina trzydziestopięciocentymetrowego tęczaka. Kilka młynków, widowiskowych wyskoków ponad wodę i pierwsza ryba ląduje w koszu z przeznaczeniem na wieczorne ognisko.
Brodząc w dół rzeki obławiamy co ciekawsze miejsca i wyciągamy co rusz lipienie, pstrągi i klenie. Większość to krótkie kropkowańce i ledwo co wymiarowe lipaski około trzydziestu, trzydziestu dwóch centymetrów. Tak upływa nam czas do godzin popołudniowych, kiedy to postanawiamy odpocząć i przekąsić coś pieczystego. Wychodzimy na brzeg, rozpalamy ognisko i pieczemy kiełbaski popijając zimnego browara i planując taktykę na wieczorne wędkowanie. W między czasie dołącza do nas Kindżał i robimy pierwsze ustalenia odnośnie sierpniowego SWI.

Bieszczady 3

Po krótkiej rozmowie i odpoczynku ponownie wbijamy się w nasze wodery i kierujemy się w stronę mostu, gdzie za jego filarami buszuje ładny kabanek, a na pobliskiej płani co rusz widać podnoszące się do spływających z prądem owadów lipienie.
Zakładam ukręconego przez siebie Blue Foxa na haczyku nr 14 i wykonuję pierwszy rzut w kierunku brzegu, w poprzek wspomnianej wcześniej płani. Mucha spływa dość żwawo jakieś siedemdziesiąt, osiemdziesiąt centymetrów i błyskawicznie znika w pysku trzydziestocentymetrowego klenia. Niezły początek -pomyślałem, ale nie po klenie tu przyjechałem i po wyczepieniu, szczęśliwiec z powrotem wraca do wody. Kilka następnych rzutów i podobne kleniki wieszają się na mojej muchówce. Postanawiam zmienić muchę i zawiązuję suchego chruścika na haku nr 14 z pawiego pióra i sarniej sierści. Pierwsze rzuty nie dają rezultatów. Nieco zrezygnowany postanawiam ponownie zmienić muchę, kiedy nagle mocne ugięcie szczytówki błyskawicznie przywraca mnie do rzeczywistości. Odruchowe zacięcie i ... jest! Nareszcie coś porządnego! Pochylam szczytówkę wędziska w stronę lustra wody i zaczynam ściągać sznur. Kilka pociągnięć lewą ręką i widzę kątem oka, jak moja wysłużona linka pęka i z prędkością światła ucieka między przelotkami. Nie wiem jak, ale w ostatniej chwili chwytam ją lewą ręką i próbuję podciągnąć rybę do siebie. Trwa to może jeszcze dwie lub trzy sekundy i piękny wymiarowy lipień znika w rynnie, nie oglądając nawet swego prześladowcy. Co za pech! Taaaka ryba ... , a na dodatek największa jaką udało mi się zapiąć na muchę!

Bieszczady

Krótka refleksja na temat tego co się przed chwilą wydarzyło, szybkie związanie sznura za pomocą prostego węzła baryłkowego i mogę dalej łowić. Kilka pierwszych rzutów nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji w postaci brań. Pewnie przez to całe zamieszanie ryby nakryły oczy płetwami i uciekły jak najdalej od komicznego łysola w kapeluszu rodem z westernu, usilnie próbującego oszukać każdą nieostrożną sztukę. Rzut oka na opustoszałą płań i postanawiam, zejść kilkadziesiąt metrów w dół rzeki, aby jeszcze przed zachodem słońca obłowić znajdującą się tam nie dużą rynnę. Kilka pierwszych rzutów skutkuje zapięciem kilku niewymiarowych kleni. Przesuwam się więc jeszcze kilkanaście metrów w dół, gdzie rynna nieznacznie skręca w kierunku środka rzeki, omywając wystający tam ogromny głaz. Podaję suchara jakieś dwa, trzy metry przed głazem i obserwuję jak energicznie spływa z prądem. Jakieś pół metra za przeszkodą, moja mucha nagle znika pod wodą i energicznie zacinam. Czuję spory opór, ale nie panikuję. Po niedawnej przygodzie postanawiam do końca zachować zimną krew. Ryba schodzi kilka metrów w dół rzeki i kiedy próbuję ją zatrzymać, nagle zmienia taktykę i zaczyna płynąć w moim kierunku. Energicznie ściągając sznur lewą ręką obserwuję jak ryba mija mnie w odległości około sześciu metrów i nagle z powrotem zawraca usiłując mnie opłynąć z drugiej strony.
-Coś ty kłodę zahaczył?! - słyszę pytanie oddalonego o jakieś sto metrów Łukasza
- Nie wiem - odpowiadam - ale chyba coś większego. Oczami wyobraźni widzę już pięknego kardynała, pozującego do pamiątkowego zdjęcia. Jeszcze kilka krótkich zrywów i podciągam rybę do ręki. Patrzę i ... Nie, to niemożliwe! Taki kurdupel, a mało co nie przegonił mnie aż do samego Przemyśla! Mały potokowiec, długości dokładnie dwudziestu ośmiu centymetrów! Jakby powiedział mój przyjaciel Grzylek "mały, ale za to pięknie wybarwiony". Skąd tyle siły w tak niewielkiej bestyjce? Do dziś zadaję sobie to pytanie. Jedyne co przychodzi mi na myśl, to fakt, że czysta, bystra i zimna woda utrzymuje tutejszą populację ryb w niesamowitej kondycji.

Bieszczady

Ostatnie promienie zachodzącego słońca padają na rwącą wodę, tworząc odbijającą światło, oślepiającą poświatę. Zmrok nieubłaganie się zbliża, a ja nadal mam ogromny apetyt na sukces. Rzut za rzutem i co rusz na haczyku wiesza się jakiś podrostek. Kiedy jednak szarówka zaczyna przechodzić w mrok zacinam jakąś rybę, która wyraźnie stawia większy opór od pozostałych. Nie tracąc zimnej krwi delikatnie podciągam ją do siebie. Widzę, że nie jest mała, ale w przeciwieństwie, do "pstrążka rozbójniczka", nie przejawia zbytniej ochoty do walki. Delikatnie wyjmuję rybę ręką, wypinam i przykładam do blanku wędziska. Piękny lipień ma sporo ponad wymiar. Chwilę się waham, co mam z nim zrobić, ale narastający głód i chęć posmakowania świeżej ryby okopconej dymem z ogniska bierze górę i mój rywal ląduje w koszyku.

Bieszczady

Zmrok, który ogarnął już otaczającą mnie przestrzeń i uniemożliwił dalsze bezpieczne brodzenie, skutecznie zmusił mnie do zaprzestania dalszego niepokojenia mieszkańców tej wspaniałej krainy. Wychodząc na brzeg dołączam do Łukasza i razem już kierujemy się w stronę campingu. Po drodze zaglądam do jego kosza i ze zdumieniem stwierdzam, że jego lipień jest jeszcze większy od mojego. Jednak co fachowiec to fachowiec. Kiedy docieramy na miejsce, miarka wskazuje trzydzieści cztery i trzydzieści dziewięć centymetrów. Nieźle! Ja swój dotychczasowy rekord poprawiłem, a i nad ogniskiem jest co powiesić oprócz oklepanej już do znudzenia kiełbasy.
Rozpalamy ognisko, Krystian robi kilka fotek i komentujemy miniony dzień ustalając jednocześnie taktykę na jutrzejsze wędkowanie. Postanawiamy, pojechać samochodem w górę rzeki jakieś dwa kilometry i na głębszych dołkach spróbować skusić jakiegoś kabanka na streamera. Umawiamy się na godzinę trzecią nad ranem i po krótkim pożegnaniu około pierwszej w nocy rozchodzimy się, na nasze legowiska.
Miniony dzień był fantastyczny. Co przyniesie następny? Nie wiem, ale nawet jeśli nic nie złowię, to i tak wyjazd ten z czystym sumieniem będę mógł zaliczyć do bardzo udanych.

Niedziela godzina trzecia nad ranem. Przeraźliwy dźwięk budzika wyrywa mnie z błogiego snu. Cholera ... To już? Mam wrażenie jakbym dopiero co przyłożył głowę do poduszki. Jedną ręką unicestwiam bezlitosne urządzenie i w nadziei, że Łukasz postąpi dokładnie tak samo powracam do stanu głębokiej nieświadomości. Moje szczęśliwe chwile nie trwają jednak zbyt długo, bo już po piętnastu minutach rozlega się pukanie do okna. To oczywiście Łukasz w pełnym rynsztunku i z przygotowaną w termosie gorącą kawą, bezlitośnie wyciąga mnie z łóżka. No trudno. Nie wypada okazać słabości i powoli, spoglądając z zazdrością na pogrążonych we śnie Kubę, Krystiana i Wiktorię, gramolę się w stronę wyjścia. Wypijamy po dwa kubki mocnej kawy i pakujemy cały majdan do samochodu. Po piętnastu minutach jesteśmy już na miejscu. Wędkarzy cała kupa. Wszyscy napaleńcy z okolicy postanowili wykorzystać pięknie zapowiadający się niedzielny poranek. Rozkładamy wędziska, dowiązujemy niewielkie zonkery i ruszamy na spotkanie z przygodą.

Bieszczady

Pierwsze rzuty kontrolne nie przynoszą rezultatów. Miejsce piękne, z licznymi dołkami i głazami, a ryb jakby nie widać. Obławiamy co ciekawsze dołki i rynny, jednak jakoś tak bez przekonania. Łukasz w między czasie wyciąga niewymiarowego potokowca, a ja mam trzy skubnięcia za sam koniec zonkera. Rozglądamy się dookoła i obserwujemy łowiących nieopodal wędkarzy. Stwierdzamy, że tylko my łowimy na muchę, natomiast pozostali to spiningiści. Dopiero pod wieczór dowiadujemy się, że jeden z nich wyciągnął na woblera dwa potokowce o długości pięćdziesiąt pięć i sześćdziesiąt centymetrów.
Do godziny siódmej próbujemy jeszcze skusić jakiegoś nieostrożnego kabana, ale bez rezultatu i postanawiamy wrócić na jakieś śniadanko.
Piętnaście po siódmej jesteśmy już na campingu i robimy pobudkę wylegującym się, naszym zdaniem zbyt długo śpiochom. Tradycyjnie już rozpalamy ognisko, pieczemy kiełbasę i popijamy gorącą kawę. Jeszcze krótka wymiana zdań na temat przynęt i ponownie z Łukaszem pakujemy się w woderach do wody, gdy tym czasem Krystian, Kuba i Wiktoria wyruszają nad Solinę, aby tam zlokalizować odpowiednie łowiska i zarzucić gruntówki.

Słońce zdążyło już wzejść na tyle wysoko, że padające prosto na twarz promienie, powodowały niesamowite pieczenie. Czy w taką pogodę można coś w ogóle złowić? Zadałem sobie to z pozoru retoryczne pytanie i od niechcenia położyłem muchę w bystrym nurcie płynącej wartko rzeki. Nie czekałem długo i na mojej wędce zawiesił się kilkunastocentymetrowy klenik. Kolejne rzuty przynosiły podobne efekty. Praktycznie przez cały dzień zmieniałem muchy, próbując znaleźć tę właściwą, ale skutek był ciągle ten sam. Co prawda za każdym rzutem następowało wyjście do muchy, jednak same krótkie maluchy nie pozwoliły przebić się większym sztukom. Stałem tak w wodzie do kolan, kiedy około siedemnastej dołączył do mnie jeden z miejscowych muszkarzy. Popatrzył na wodę, zawiązał coś do przyponu i zaczął obławiać pobliską rynnę. Nie minęło trzydzieści minut a miał komplet podchodzących pod czterdzieści centymetrów lipieni.
Złotym środkiem okazała się muszka CDC z żółtą jeżynką, zawiązana na haczyku numer 22. Jako że musiałem się już zbierać i pakować powoli do drogi, zaprzestałem łowienia, natomiast Łukasz postanowił popróbować jeszcze na otrzymaną w prezencie od wspomnianego wędkarza muchę.
Kiedy ja pakowałem manele i rozpalałem ognisko na ostatni posiłek, Łukasz zawzięcie przeczesywał rynnę, w której niewątpliwie czaiły się duże lipienie.
W między czasie wrócili Krystian z Kubą i Wiktorią. Namierzyli kilka ładnych miejscówek nad Soliną i zrobili mnóstwo zdjęć. Zdążyli nawet zamoczyć gruntówki i wyciągnąć kilka płotek i okoni.

Bieszczady 8

Łukasz też postanowił zakończyć łowienie i dołączył do nas na pożegnalny posiłek. Nie przyszedł jednak na wydrę z pustymi rękoma. W jego koszu bowiem znajdowały się już wypatroszone, piękne, prawie czterdziestocentymetrowe lipasy. Nawet nie wiem kiedy je złowił, choć kątem oka bez przerwy go obserwowałem.
Pieczona kiełbaska, świeży upieczony lipień, cudowne otoczenie - czego więcej trzeba? Chyba tylko czasu, którego akurat ja teraz już nie miałem. Spakowałem więc cały sprzęt do samochodu i po krótkim pożegnaniu wyruszyliśmy z powrotem do domu. Przez całą drogę powrotną wspominałem spędzone w tej pięknej krainie ostatnie dwa dni, które to przyniosły mi tak wiele miłych wrażeń i doznań. Pragnę się nimi z Wami podzielić oraz przyczynić się do tego, aby opisane przeze mnie przeżycia były również Waszymi przeżyciami, których na pewno doznacie, przyjeżdżając w to niewątpliwie urzekające miejsce na organizowane przeze mnie Spotkanie Wędkujących Internautów - BIESZCZADY 2004, na które serdecznie wszystkich zapraszam.

Byłem, Zobaczyłem, Połowiłem ...!!!

Bartosz Rozwadowski

Szanowni Koledzy i Koleżanki,

Bieszczady 9

Tym krótkim sprawozdaniem z mojego pobytu w Bieszczadach, pragnę zachęcić Was do wzięcia udziału w spotkaniu integracyjnym KWI, które odbędzie się w dniach: 27, 28, 29 sierpnia w Lesku.
Program spotkania przedstawia się następująco:

Dzień pierwszy, piątek 27.08.2004 - przyjazd do Leska, zakwaterowanie, wędkowanie do wieczora. O godzinie 21 lub 22 wspólne pieczenie barana przy ognisku, picie piwka i czego tam jeszcze chcecie, kawały, pogaduchy, wymiana doświadczeń i ogólna zabawa aż po blady świt.

Dzień drugi, 28.08.2004 - kto ma siłę od rana, ten idzie na ryby, a kto nie to nie. Spotykamy się ponownie wieczorem przy ognisku i wspólnej kolacji z pieczonymi kiełbaskami i kaszanką. Siedzimy oczywiście do rana.

Dzień trzeci, 29.08.2004 - ci co jeszcze mają siłę i czas, oczywiście idą na ryby, natomiast ci co ani sił, ani czasu nie mają, wyruszają w drogę powrotną do domu.

Bieszczady 10

Ponadto dla wszystkich, którzy akurat nie mają ochoty na wędkowanie, bądź zamierzają zabrać swoje rodziny lub znajomych, którzy nie rozumieją naszej pasji, proponuję inne atrakcje nie związane z wędkarstwem. Istnieje możliwość wynajęcia bryczki, przejażdżki konnej w terenie (dla osób potrafiących już jeździć konno), oraz możliwość jazdy wierzchem pod okiem instruktora. Ponadto możemy zorganizować wycieczkę wąskotorówką połączoną z prawdziwym napadem kowbojskim. Jest to niesamowite przeżycie, szczególnie dla osób, które się tego nie spodziewają i nie mają o tym zielonego pojęcia, tak że jeśli mamy to zorganizować naszym bliskim, zachowajmy tę informację dla siebie. Na pewno nie zostanie nam ten wyjazd później wypomniany, a nasi bliscy będą mieli o czym wspominać i opowiadać znajomym. Ponadto proponuję piesze wędrówki po pięknej okolicy, dla dzieci również gry i zabawy na świeżym powietrzu. Przy ośrodku znajduje się miejsce do gry w piłkę siatkową.

A oto szczegółowe informacje dotyczące SWI:

Bieszczady

Ośrodek położony jest w odległości 15-tu metrów od linii brzegowej Sanu. Pokoje w domkach campingowych trzy, cztero i pięcioosobowe, z niezależnym wyjściem na wspólny ganek. Do dyspozycji wspólna kuchnia w pełni wyposażona, łącznie z lodówką, maszynką do mielenia mięsa itd. Koszt noclegu za jedną osobę to 15 zł (płatne z góry przy zakwaterowaniu). Pościel jest oczywiście wliczona w cenę, jedynie dla zmarzlaków proponuję zabranie dodatkowego koca lub śpiwora, gdyż domki nie mają ogrzewania.

Dla muszkarzy i spiningistów łowisko praktycznie na miejscu. Dla wybitnie zdolnych i utalentowanych możliwość wędkowania z ganku. Dla łowiących innymi metodami pozostaje jezioro Solińskie, bądź zalew w Myczkowcach. Oba zbiorniki znajdują się w odległości około 20-tu kilometrów. Ponadto dla zainteresowanych możliwość wędkowania na specjalnym odcinku muchowym, utworzonym na Sanie od Zwierzynia do ujścia rzeki Hoczewki, położonym w odległości około 5-ciu kilometrów od ośrodka. Trzeba jednak zakręcić się za tym odpowiednio wcześniej, gdyż ilość wydawanych licencji jest ograniczona i ściśle limitowana. Wszelkie informacje odnośnie opłat za wędkowanie, jak również umów zawartych pomiędzy okręgami i nr konta na które należy dokonywać opłat znajdziecie pod tym adresem: www.pzwkrosno.republika.pl

Wpisowe w wysokości 60 zł. Od każdej dorosłej osoby i 15 zł. od dzieci w wieku powyżej siódmego roku życia do lat piętnastu należy wpłacać do dnia 8 sierpnia 2004 na konto w mBanku:

87 1140 2004 0000 3702 3490 4324
Bartosz Rozwadowski
ul. Jastrzębia 24
26-110 Skarżysko-Kamienna

Za kwotę tą zostanie zakupiony baran, przyprawy, kiełbasa, kaszanka, jednorazowe naczynia i sztućce oraz pamiątki ze spotkania.

CENY ATRAKCJI DODATKOWYCH

Przejażdżka konna w terenie - 30 zł. za godzinę (własny dojazd do miejsca spotkania)
Przejażdżka bryczką sześcioosobową 10 zł. za godzinę od osoby.
Jazda konna na uwięzi - 30 zł. za godzinę
Napad Kowbojski - 1000 zł. od całej grupy (im więcej chętnych, tym taniej na osobę) + bilet na wąskotorówkę - 7 zł. dzieci i 11 zł. dorośli. Jednak imprezę taką należy zgłosić co najmniej miesiąc wcześniej.

DOJAZD DO OŚRODKA

Dojazd jest bardzo prosty. Kiedy wjedziecie już do Leska, droga doprowadzi Was do ronda, przy którym znajduje się stacja benzynowa i supermarket PLUS. Zostawiacie oba te obiekty po prawej stronie i kierujecie się na Polańczyk i Cisną. Jakieś dwieście metrów dalej, przed mostem skręcacie w prawo i dojeżdżacie do ośrodka (miejsce to będzie oznaczone napisem SWI BIESZCZADY 2004). Prawda że proste?

NAZWA I ADRES OŚRODKA:

OŚRODEK WYPOCZYNKOWY „BIESZCZADY”
CAMPING POD ZAMKIEM
Marian Baranowski
ul. Turystyczna 1
38-600 Lesko
tel. 013 469 64 14

Zgłoszenia oraz wszelkie pytania proszę kierować na adres: barteczek@rozwadowski barteczek@rozwadowski.neostrada.pl

Jeszcze raz serdecznie wszystkich zapraszam. Mile widziane osoby spoza KWI.

Bartek

A oto inne fotki wykonane przez Krystiana:

Bieszczady 12
Bieszczady
Bieszczady
Bieszczady
Bieszczady
Bieszczady
Bieszczady
Bieszczady

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusOpenERPWędkarstwoPozycjonowanie stron WWWPozycjonowanieMetki