Lewe menu


Right menu

Szukaj


Rybie Oko/SWI/Nieregularnik/Wędkowanie i SWI/SWI Jesienne Bieszczady 2009 

SWI Jesienne Bieszczady 2009 nad Sanem czyli Cztery Rundy z TurboDymoMan’em w ringu!!!

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 13188 
Komentarzy: 3 
ID: 20115 
Węzeł: 17369 
TurboDymoMan Massowy - Krzysztof Massalski

A jednak! Mimo niesprzyjających początkowo wieści znad wody. Mimo załamania pogody i obfitych opadów śniegu połączonych z nagłym oziębieniem SPOTKANIE WĘDKARZY INTERNAUTÓW JESIENNE BIESZCZADY 2009 odbyło się w dniach:

- runda I - 16-19.10.2009,

- runda II - 24-26.10.2009,

- runda III – 30.10-01.11.2009,

- rudna IV – 7-11.11.2009.

Nie sposób w kilku słowach opisać tego jak gorąca była wymiana mailowa przed samym wyjazdem w planowanym pierwszym terminie. Wszystkiemu winna okazała się aura, która zamiast zaserwować mam Złotą Polską Jesień popartą afrykańską cyrkulacją powietrza, złośliwie przygnała nam norweski niż okraszony ciężkimi śniegowymi chmurami. No i stało się tak, że z grupy ponad piętnastoosobowej w planowanym terminie na San dotarło tylko, albo aż 7 osób. W tym zacnym towarzystwie dzięki zaproszeniu Grzylka i moja skromna osoba.

Pierwszy dzień łowienia, sobotę rozpoczęliśmy z Jankiem pod skałą w Zwierzyniu, by koło południa zakotwiczyć na płani powyżej wiaty VISION – przy początku pierwszej wyspy. Śniegu po kostki, wiatru niewiele, woda niska i lekko trącona. Pojawiają się na wodzie i nad nią pierwsze owady, a wraz z nimi pierwsze oczka żerujących lipieni. Coraz więcej i więcej oczek. W końcu i nam udaje się wstrzelić z muchą i kolejne lipienie meldują się na hakach.

Paweł Deska z lipieniem
Paweł Deska wylądował lipienia w podbieraku

Podczas holu kolejnego lipienia słyszę jak ktoś, około 250-ciu metrów niżej, pokrzykuje „Tuuuurboo Dymooo Maaann!!!”. Nie mija dziesięć minut i przy chyba kolejnym holowanym czterdziestaku znowu słyszę „Turbbboo Dymo Maaann!!!”. Ki diabeł!? Okazuje się, że to Krzysiek Massalski oznajmia całemu światu, przy każdym zacięciu, że znowu zawstydził reklamowego TurboDymoMan’a łowiąc kolejnego pięćdziesiątaka :-).

TurboDymoMan Massowy - Krzysztof Massalski

Krzysiek rzeczywiście łowił nietypowo i koncertowo. Nietypowo, bo łowił na wydawało by się mało „sanowe nimfy” na hakach o rozmiarach #6-8 i koncertowo, bo łapie 5 ryb w okolicach 50cm. Wychodząc z wody spotykamy się z Krzyśkami pod wiatą. Powitania i pierwsze rozmowy:

- TurboDymoMan moczył się w wodzie dwie godziny i nic nie złowił – mówi Krzysiek – A ja moczyłem się 4 godziny i złowiłem pięć pięćdziesiątaków czym zawstydziłem TurboDymoMan’a!

dodał, jeszcze:

- wstaliśmy rano, obudziliśmy Grzylasa, przeprawiliśmy się przez rzekę i do Zwierzynia pod wiatkę. Tu spotkaliśmy kolegów z Krakowa, z którymi wypiliśmy po „bańce” i o 13:00 zaczęliśmy łowić J J J (ładne mi to rano J ). O 14:00 dzwoniąc do Grzylka Krzysiek Massalski miał już dwa pięćdziesiątaki i kilka powyżej 40cm, Krzyś Jarosz również, ale nie aż takie duże.

Krzyś Jarosz z kolejnym dużym lipieniem

Od tego dnia Krzysiek Massalski będzie miał nowy przydomek – TurboDymoMan w skrócie TDM i chcąc nie chcąc stał się gwiazdą tego wyjazdu. Niczym reklamowy pierwowzór idąc przebojem przez sanowe bystrza :-).

Dzień dla wszystkich łowiących zakończył się sukcesami. Wszyscy połowili lipienie powyżej czterdziestu centymetrów, a ilościowo i jakościowo dwa Krzyśki pobiły wszystkich – gratulacje Panowie!

Wieczorem spotykamy się na kwaterze. Tu należy się parę słów odnośnie kwatery i naszego gospodarza Jurka. Nie da się po prostu do Jurka dojechać no chyba, że woda w Osławie mała i ma się odpowiednie auto. Kiedy więc zajechaliśmy nad wodę i oczom ukazał nam się długi na 250m bród – konsternacja. To co mamy wdziewać spodniobuty i idziemy z bagażami w górę i poprzek rzeki? Nawet niespecjalnie się zdziwiłem, bo wędkarstwo to nie ciepłe kapcie i piwo przy grillu, ale też czasami przygoda wymagająca poświęceń. Z zadumy wyrywa mnie jednak odgłos nadjeżdżającego terenowym autem Grzylka.

Przeprawa przez rzekę

No tak – teraz przejedziemy bez problemu brodem. No i sama kwatera… Napiszę tylko wzorem radiowych sprawozdawców sportowych – szkoda, że Państwo tego nie widzą! Atmosfera tamtego miejsca i wspólne biesiadowanie na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Wspólnie przygotowany posiłek smakuje nad wyraz. Jurek dbał, aby nam niczego nie brakowało. Humory dopisywały! Wyjeżdżając w poniedziałek rano stwierdzam, że mam zakwasy na brzuchu – od śmiechu :-).

Janusz Władyszewski przygotowuje drewno na grilla
Przygotowanie kolacji
Biesiadowanie do późna

W niedzielę łowimy już w siedem osób z czego tylko Andrzej Pietkiewicz (dojechał do nas w sobotę wieczorem) na normalnym odcinku Sanu i również z pozytywnymi efektami, ale ryby znacznie mniejsze.

Fotka zbiorowa twardzieli pogodowych
Fotka zbiorowa na tle pozostałości śniegu

Znów co chwilę słychać okrzyki „Tuuuurboo Dymooo Maaann!!!”. Krzysiek Massalski, jak przystało na prawdziwego TDM’a, znów nas zawstydził łowiąc na nimfy najładniejsze z nas wszystkich ryby.

TurboDymoMasowy łowi koncertowo lipienie

Krzyś Jarosz tego dnia również połowił dużo i dużych lipieni i to na suchą – wymarzony weekend.

Krzysztof Jarosz z lipieniem

Dodatkowo mamy wspólne ognisko, które wspólnymi siłami rozpaliliśmy z mokrego drewna. Pyszna kiełbasa do takich połowów to „miód w gębie”.

Lunch przy ognisku
Lunch przy ognisku, wesołe chłopaki

Każdy starał się dorównać TDM’owi, ale to nie takie proste. Janusz Władyszewski na popołudniowej turze złowił kilka lipieni powyżej 42cm, czym „zdenerwował” Grzylka, któremu nie szło.

Janusz Władyszewski ląduje dużego lipienia
Janusz Władyszewski z uśmiechem czy lipieniem?
Paweł Deska z lipieniem

Stwierdził, że sobie idzie z płani powyżej pierwszej wyspy, bo wszyscy łowią na jego muchy, a on sam nic. Krzyś Jarosz złowił wchodząc do wody 4 lipienie w kilku pierwszych rzutach – BRAWO! To nie na Grzylka nerwy – no i poszedł sobie od kolegów.

Krzyś Jarosz z lipieniem

Niedziela zakończyła się także pełnym sukcesem, choć trochę mniejsze ryby w stosunku do dnia poprzedniego. Nad wodą żegnamy się z Krzyśkami, którzy wracają już do domu, a my do domu na kolację. Biesiadowaliśmy przy grillu i ziemniaczkach z kominkowego żaru do późna.

W poniedziałek ja i Janek syci wrażeń objeżdżamy troszkę Bieszczady, łazimy po śniegu na Połoninach i wracamy szczęśliwi oraz pełni wrażeń do domu.

Cerkiew w Szczawnem
Janusz Władyszewski przed Bacówką pod Małą Rawką

Jurek z Grzylkiem łowią poniżej drugiej wyspy, a Andrzej w Postołowie. Na OS’ie ryby kolegom „gryzły”, ale mieli starą żyłkę przyponową i co chwilę rwali zestawy – ileż to razy trzeba stracić rybę, aby pójść po rozum do głowy, by zawsze być odpowiednio przygotowanym na duże ryby – stwierdził Grzylek. Andrzej połowił dużo lipieni do max. 33cm i był bardzo zadowolony z minionego dnia. Ci co mogli zostać – szczęśliwcy – znowu biesiadowali przy kominku zajadając się mięskiem i warzywami z grilla.

We wtorek łowi Grzylek z Jurkiem i Andrzejem. Grzylek pisze:

„Wstaliśmy dość późno, bo za długo graliśmy w kości :-). Najpierw zajechaliśmy do Sanoka załatwić kilka spraw oraz kupić w wędkarskim nową żyłkę przyponową, po wczorajszej nauczce. Na łowisku byliśmy po 12:00. Po drodze ustaliliśmy, że zaczniemy łowić od elektrowni, co uczyniliśmy. Niestety tego dnia padało, woda bardzo brudna i na dwie turbiny. Chwilę próbowaliśmy łowić około 200m poniżej na trochę spokojniejszej wodzie, ale nie miało to sensu. Postanowiliśmy zjechać pod wiatkę VISION’a i łowić przy pierwszej wyspie. Plan nasz wziął w łeb jak zajechaliśmy na miejsce - cztery auta już stoją. Grupa Czechów łowi na nimfy w bystrzu tuż za kępą, więc my tu nie wejdziemy. Za wyspą na końcówce także Czesi, a po drugiej stronie Włosi próbują na suchą, ale bez efektów. Rozmawiamy ze strażnikami. Pan Leszek doradził, abyśmy zjechali sobie na Bachlawę i próbowali na końcówce płani.

Pojechaliśmy, próbowaliśmy łowić, ale do suchej lipienie nie wychodziły, a na nimfę co chwilę zaczepialiśmy zielska, które masowo spływały.

Ja poddałem się szybko i zacząłem robić zdjęcia. Jurek łowił bez efektu.

Namówiłem go, aby kończył coś co przypomina łowienie i pojechaliśmy na obiad. Bardzo dobry i nie ma czego żałować.

Nie wiadomo dlaczego pracowały dwie turbiny skoro padać zaczęło dopiero rano, zbiornik Soliński pusty - tak bywa. Andrzej był na wodzie dwie godziny przed nami i gdy zaczął łowić woda była taka jak w poprzednich dniach. Po godzinie zaczęła się brudzić i podnosić – i po łowieniu. Pożegnaliśmy się telefonicznie z Andrzejem, bo wraca do domu, a my zostajemy do jutra, ale już nie łowimy”.

Jak na zapowiadaną pogodę przez wszystkie media w Polsce nie powinno nas tu być, bo kataklizm pogodowy. Jak widać mieliśmy szczęście do ryb, pogody, atmosfery.

II tura SWI zajechała tydzień później, bo już warunki pogodowe lepsze, a wyczyny TDM’a rozjuszyły żądze wędkarskie kolegów, którzy nie dojechali na I turę. Relacjonuje to Piotrek Lubiarz:

„Druga tura odbyła się w dniach od 24-26.10.2009. Mieszkaliśmy w Zwierzyniu obok "Adamowa", a obiady mieliśmy w "Adamowie".

Udział wzięli: Ryszard Kuna, Piotr Lubiarz, Witek Wasylczyszyn i częściowo Arek Pelechowicz.

Łowiliśmy na OS’ie przez pierwsze dwa dni tylko w okolicach pierwszej wyspy (ja głównie na odnodze przy wiacie "VISION").

San Zwierzyń okolica pierwszej wyspy

Pierwszy dzień miałem rewelacyjny choć do wyczynów TDM’a to mi daleko. Złowiłem 2x50cm, 3x45cm na nimfę i 43cm (te ryby były komisyjnie zmierzone) na suchą oraz dużo ryb 35-40cm (nie mierzonych). Z upojenia niewiarygodną sytuacją straciłem rachubę. Aparat miał tylko Rysiek, ale tego dnia zostawił go na kwaterze. Ja uznałem to za powód moich dobrych wyników i postulowałem, aby nie zabrał go dnia następnego. Tak jeszcze dla jasności, to 50-tki były mierzone bardzo dokładnie i miały równo 50cm +/- 0, pozostałe ryby mierzyliśmy z mniejszą skrupulatnością. Za wyjątkiem jednej 50-tki wszystkie ryby złowiłem na czarnego "lubelskiego" chruścika ze złota główką #20. Aż wierzyć się nie chce, że żadna z ryb mi nie spadła, a pomimo bezzadziora trudno było zdjąć je z tej "pchełki". OK południa pojawiła się mucha i zaczęliśmy łowić na suchą. Najlepszy był Rysiek, który złowił 45cm. Ryb pokazywało się dużo, ale tylko okresowo współpracowały, co owocowało gorączkowymi zamianami much, które moim zdaniem i tak nic nie wnosiły, ponieważ w okresach, gdy chwytały nasze muchy, to łowiliśmy równocześnie wszyscy, na zgoła różne muchy. Wówczas wydawało się, że jest to nasza zasługa :))). Mnie na suchą trafił się największy 43cm. Witek nie miał dużej ryby, choć połowił sporo.

Drugiego dnia (Rysiek jednak wziął aparat, a woda spadła o 5 cm i znacznie się oczyściła) zaczęliśmy pod elektrownią ok. 9.30 i po chwili pojawiły się na krótko pierwsze jętki.

San Zwierzyń poniżej elektrowni

Ja skorzystałem z okazji i złowiłem na suchą jednego lipienia. Po niecałej godzinie przenieśliśmy się na pierwszą wyspę. Ja złowiłem sporo lipieni na "czarną lubelską pchełkę", ale największy miał ok. 42cm. Witek i Rysiek zaczęli raczej słabo, więc po chwili przeszli trochę w dół, gdzie Witek złowił 45cm, a Rysiek sporo mniejszych ryb na suchą.

Witek Wasylczyszyn z lipieniem

Ja konsekwentnie łowiłem w odnodze nimfą przy wiacie. Gdy zaczęły bulczeć 50-tki to nie wytrzymałem i założyłem suchą.

Piotr Lubiarz zakłada suchą muchę

Niestety łowiłem tylko mniejsze ryby (ok. 35cm), a te większe skutecznie rozpoznawały moje muchy jako nędzne imitacje. Serce waliło za każdym razem, gdy w miejscu, gdzie widziałem wychodząca 50-tke, moja mucha ginęła w pysku lipienia. Niestety, zawsze była to ryba mniejsza. Dla lepszej prezentacji założyłem trok 0,08mm. Brań specjalnie nie przybyło. Ok 14.30 ryby się ponownie ożywiły i upatrzona 50-tka zdjęła moją muchę. Pamiętając o 0,08mm trzymałem ją w nurcie przez chwilę starając się nie przeforsować holu (prawdę mówiąc to nie był hol tylko utrzymanie kontaktu). Gdy spróbowałem lekko ją ruszyć, trzepnęła głowa zrywając przypon bez specjalnego mojego w tym udziału. To chyba nie było możliwe, a może?

Piotr Lubiarz wypina lipienia

Trzeciego dnia łowiliśmy w Postołowie. Witka zastąpił Arek. Zresztą on doradził na miejsce, muchy i co tam jeszcze. Tu już było typowo. Wymiar 35cm więc łowiliśmy ryby do 33cm. Ale za to dużo, najwięcej na suchą. Tylko Arek potrafił złowić rybę wymiarową 36cm. Ładna słoneczne pogoda, łowienie na suchą w płytkiej i czystej wodzie, chętne ryby. Wszystko to, każe zaliczyć dzień do bardzo udanych.

III tura SWI w kolejny weekend to już nieco gorsze żerowanie lipieni. Kilka słów napisał Irek Korzeń:

„Trudno to nazwać trzecią turą ……... w każdym bądź razie byłem w piątek i sobotę. Z niedzieli zrezygnowałem, więc w zasadzie to mówi wszystko i mógłbym nie rozwijać wątku ……...., ale co tam ………. . Nie wiem jak to się stało, ale od połowy tygodnia aktywność ryb zaczęła znacznie spadać i koledzy z Poznania z dnia na dzień mieli gorsze wyniki.

Kolega Irka – Krzysiek Łazarz z lipieniem
Kolega Irka - Krzysiek Łazarz z drugim lipieniem

Ja przyjechałem oczywiście na kulminację tej tendencji .......... . Ryby były, ale w porównaniu z wynikami I i II tury nie warte nawet wzmianki. Bardzo krótkie okresy aktywności ryb dały koledze w kilku rzutach ryby w ok. 45cm a potem znowu błoga cisza i od czasu do czasu rybka 30cm. Nieprawdopodobny pech w kontekście Waszych wyników ….........”

IV i ostatnia tura SWI znowu przypadła w udziale Grzylkowi i Jurkowi. Oto jak ją zrelacjonował Grzylek:

„IV tura SWI JESIENNE BIESZCZADY 2009 właśnie wczoraj (11-11-2009) wróciła z połowów.
Dla mnie wyjazd udał się zupełnym szczęściem w nieszczęściu i jak zwykle dzięki Jurkowi – za co serdecznie DZIĘKUJĘ. Z Wrocławia wyjechaliśmy w piątek wieczorem, a na miejscu byliśmy po 1:00 w nocy. Pogaduchy, rozpakowanie się i spać, bo ostatnio trochę przesadziliśmy i nie mogliśmy wstać. Sobota nas długo tuliła w łóżku, więc postanowiliśmy dzień spędzić na organizowanie się, robienie bieszczadzkiego lokalnego jedzenia i grania w kości przy kominku – ale Jurek złoił mi „….”, aż wstyd podać wyniki.

Niedziela, jako pierwszy dzień wędkarski, zaczęła się dla nas późnym, ale to późnym rankiem koło południa :-) :-) :-) Deszcz padał non stop i Osława przybierała. Dojechaliśmy na łowisko przy wiacie VISION. Zaczęliśmy łowić. Ja szedłem pierwszy i w trzecim przepuszczeniu na nimfę łowię pierwszą w życiu 50-tkę. Nawet nie potrafię opisać, jakie to przyjemne uczucie. Hol dość długi, pewny i w pełni kontrolowany przez kołowrotek. Ryba ląduje na kępie trawy, fotka z komórki (nadaje się tylko na MMS’y), pomiar pobieżny – 50cm. Już jestem zadowolony i bardzo rozluźniony. Deszcz pada i pada. Woda na jedną turbinę, przejrzysta. Po jakimś czasie łowię lipienia w granicach 30cm i wychodzę na herbatkę, bo mi „gacie” przeciekają, a woda ma 8,5C. Ja się grzeję przy herbacie z lekkim prądem,

a Jurek łowi coś dużego – pewnie kolejny lipień na 50’tkę. Okazuje się, że to spory pstrąg.

Postanawiam wejść z drugiej strony bystrza i się lekko na dziurze przeliczyłem, więc zassałem wodę w „gacie” – bbbbrrrrrrr. Jak na początek kuracji antybiotykowej – może być :-). Musiałem częściej się dogrzewać herbatą i stepować. Jurek mi zniknął z drugiej strony wyspy. Łowił na suchą i nimfę same pstrągi – żerowały jak głupie, a chcieliśmy łowić lipienie.

Na koniec dnia spotkaliśmy się na końcu wyspy. Ja jeszcze holowałem dwa lipienie, ale mi spadły. Nie wierzyłem już w jakikolwiek sukces i tu nagle na płyciźnie mam branie małego lipienia – spadł i dobrze. Następny rzut i delikatne przytrzymanie już na „prostym dyszlu” (długa nimfa), tnę siedzi, widzę duży :-). Pytam Jurka czy ma aparat – mówi TAK. No i stres, bo po co się pytałem, a jak mi spadnie??? Holuję w nurcie przez chwilę, ściągam na płyciznę, jest mój. Większy od pierwszego o około 1cm – pomiar z podbieraka. Jurek robi fotkę i ryba wraca do wody, a my do domu. Życie jest piękne w Bieszczadach :-).

Grzylek z dużym lipieniem
Grzylek wypuszcza dużego lipienia

Poniedziałek zaczęliśmy także późną pobudką, a wędkowanie od końca pierwszej wyspy w dół. Jurek miał kilka brań, a ja nic. Szybko się znudziłem i postanowiłem rozpalić ognisko, aby zjeść kiełbaski na obiadek. Jurek dotarł do mnie po chwili oznajmiając, że przez krótką chwilę złowił sześć pstrągów od 35-45cm.

Zjedliśmy kiełbasy i do wody na 1,5 godzinki. Przez pierwsze 20 minut przedzierałem się na drugą stronę, a Jurek łowił rybę za rybą. Gdy już przyssałem się między kamienie zaczęły brać i mi. Nie wiem co się działo, że to same pstrągi, ale gryzły we wszystko tak jakby nigdy nie jadły. Dzień zakończyliśmy bez lipienia, ale ręka bolała niesamowicie od holowania ryb.

We wtorek, po konsultacji z Panem Leszkiem - strażnikiem, pojechaliśmy na Bachlawę. Deszcz pada non stop od rana. Dochodzimy do brzegu i widzimy dużo zbiórek. Zmieniamy zestaw na suchą i do boju. Ale ładne lipienie, tylko dlaczego biorą nam znowu same pstrągi? Jurek ciągał jednego za drugim, a ja tylko się denerwowałem, gdzie te lipienie. Po kilku pstrągach i własnej bezsilności opuściły mnie ochoty, a deszcz zaczął lać, a z nim ryba przestała żerować. Kończymy naszą przygodę z Sanem, ale zostajemy jeszcze jeden dzień. Wieczorem zaś w kości dostałem sromotnie L.

Środa należała do obowiązków lokalnych i pakowania się. Dodam, że Osława tak wezbrała po tych opadach, że nie mogliśmy przez nią przejechać. Została wspinaczka pod górę. Władek ciągnikiem nas wyciągnął i przez Kulaszne wróciliśmy do Wrocławia przesuwając z drogi jeszcze dwa zwalone drzewka. Emocji co nie miara a i z rekordu życiowego jestem zadowolony.”

Pozdrawiam Paweł Deska.

Autor tekstu: Paweł Deska.

Kilka wstawek i opisy zdjęć: Grzylek.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Grzegorz Tuński

Cześć

Trzeba jeszcze dodać, że gdyby nie Odcinek Specjalny na Sanie, to nasze rekordy wędkarskie byłyby dużo trudniejsze do osiągnięcia w Polsce, a urok Bieszczad jest dla nas wszystkich bliski sercu.

Trzeba podziękować Panu Piotrowi Koniecznemu za rezerwację licencji dla naszej grupy, choć pogoda zdziesiątkowała naszą ekipę. Strażnikom - Panu Leszkowi i Robertowi, za rady i wyrozumiałość.

DZIĘKI WIELKIE.

Do zobaczenia wkrótce.



Pozdrowienia Grzylek

Początek

złów, dotleń i wypuść

Wyprawa super, pogoda i ryby dopisały a zacne towarzystwo dało z siebie co najlepsze.
Chcę podziękować wszystkim razem i każdemu osobno :
Grzylkowi za nieustanne tworzenie atmosfery wędkarskiego sukcesu, który czeka w okolicach każdego kamienia w Sanie. Szczególnie cieszy mnie, że dałeś się odgryźć za łomot którego doznałem na Porze
Jurkowi który przyjął nas wszystkich pod dach, nie przejmując się bajzlem jakiego dokonaliśmy. Jestem spokojny o przyszłość folkloru ,dzięki mecenasie .
Masie pełnemu pomocnych rad, które pozwoliły skutecznie łowić nawet takiemu nowicjuszowi jak ja. Wielki szacun dla olbrzymiego doświadczenia.
Krzyśkowi pokazującemu, że można przebiec po łowisku a za chwilę z przedeptanego miejsca koncertowo łowić czym wprawił publiczność w osłupienie.
Andrzejowi opowiadającemu pierwszorzędne historie m. innymi „….. Wujek będzie zadowolony”. Ta opowieść to hit wyprawy. Andrzeju nie opowiadaj tej historii nikomu bez asysty lekarza. Dla słuchacza może się źle skończyć.
Pawłowi druhowi dziesiątków wypraw, wymyślającemu nie kończące się atrakcje: ryby, gawędy, Cerkwie, Połoniny itd. Zgadzam się „ Najlepsza atmosfera z jaką mieliśmy do czynienia na rybach”.
Oraz moim dziewczynom które zgodziły się na następny wyjazd. W innym przypadku, siedziałbym w domu gapiąc się jak gapa w TVN 24.
Z Wrocławia napływają pierwsze prognozy pogody na przyszły rok, „ Tworzy się tunel dla wyżu Afrykańskiego". Jedziemy?
Pozdrawiam! Janek W

Początek

Andrzej Trembaczowski

Nic więcej nie trzeba
Andrzej

Początek


RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy


Reklamy KrokusEtykiety odzieżoweMetki i wszywki odzieżoweeZPublishDyskusje wędkarskieZdjęcia wędkarskie