Lewe menu


Right menu

Szukaj


Nocny kleń

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 2207 
Komentarzy: 0 
ID: 9361 
Węzeł: 7810 
Rzeki wyżynne 8

Gorąca, duszna, ciemna noc lipcowa. Przepięknie wygwieżdżone, bezksiężycowe niebo. Powietrze nad łąkami przepojone odurzającym, wilgotnym zapachem wszystkich chyba kwiatów. Skusiła mnie ta noc, aby tym razem wybrać się gdzieś dalej. Ciągłe wysiadywanie w tych samych miejscach trochę już mi się uprzykrzyło - czyż nie ma innych, atrakcyjnych łowisk?! Postanowiłem zakosztować czegoś nowego, odwiedzić różne dołki, zakręty i jamy, znane dotychczas tylko z dziennych łowów. Popróbować w nich szczęścia nocą...

Początkowo zamierzałem pomaszerować daleko, ale trochę żal mi się zrobiło mijanego właśnie miejsca pod mostem kolejowym. Było zbyt ładne, by minąć je obojętnie, ot tak sobie. Sanna szumiała tu małym wodospadem na kamieniach ułożonych ludzką ręką w mały prożek. Utrzymywał on nieco wyższy poziom wody i spowalniał ją. Nurt przelatywał poprzez tę mini zaporę, pędził po dużych głazach, rozbijał się o kilka sterczących, obwieszonych glonami drewnianych pali i wpadał rwącym warkoczem w wymytą w piaszczystym dnie jamę. Tu wytracał impet, zwalniał i natrafiwszy na wypłycenie u końca dołu rozdzielał się na dwa przeciwprądy. Zawracały one pod brzegami, ale już powoli, bez tej pierwotnej gwałtowności. Defilowały wzdłuż brzegów, podcinając je nieco, i zanikały w wirach u wlotu. Doświadczenie podpowiadało, że w tym miejscu właśnie powinny skupiać się ryby. Tu zamierający prąd wody odkładał im pożywienie; to przyniesione wlewającą się bystrzyną i to wypłukiwane pod brzegami.

Lewy brzeg, niższy, często zalewany przez wysoką wodę, niemal całkowicie opanował tatarak. Jego zarośla rozpostarły się wzdłuż dołu, porastały podmokłą część brzegu szerokim pasem i prawie wkraczały w wodę. Urywały się nagle w zetknięciu z głęboką rynną wydłubaną wstecznym nurtem. Przeciwny, prawy brzeg rzeki był nieco wyższy, a piaszczystą skarpę stopniowo, kawałek po kawałku, obrywała woda. Dół kończył się "kiełbiowym brodzikiem" - płyciutką mielizną, na której nurt układał piaseczek na dnie w drobne fale. Woda sięgała tam zaledwie do kostek.

Cichuteńko, ostrożnie stąpając w gumowych butach - najdelikatniej jak tylko potrafiłem - tak aby nawet najsłabszym wstrząsem gruntu nie zdradzić swojej obecności, podkradłem się do łowiska od strony wlotu. Wysunąłem końcówkę ponad tatarak, rozhuśtałem lekko ciężarek i pozwoliłem mu opaść w miejscu, gdzie nurt wlewający ścierał się z wstecznym. Ołów opadł na dno, pociągając przynętę - niewielkiego kiełbika. Wyobraziłem sobie, jak chwytają go zawirowania wody i znoszą na wyprostowanym przyponie gdzieś w pobliże tatarakowej gęstwy. Tam powinno go coś pochwycić. Jakiś żarłoczny sandacz, może miętus? Powinny tu być miętusy w tym dołku, one lubią taką ostro płynącą wodę i piaszczyste dno, ale... czy miętusy żerują słabo w lipcowe upały? Choć w tak czarną noc jak ta wszytko było możliwe. Prędzej jednak połakomi się na mojego kiełbika sandacz, jeśli tylko siedzi w tej jamie. A zresztą, czy to wiadomo, co też tam kryje w sobie ta woda?! To jest właśnie cały urok takiego łowienia, nigdy nie odgadniony wynik i częste niespodzianki! Gdy stawiasz wędkę, niemal już widzisz oczyma wyobraźni jakiegoś potwora czatującego w głębinie. Z każdą chwilą jest coraz bliżej żywczyka, skrada się doń, przymierza, chwyta...

Wędkę położyłem z otwartym kołowrotkiem na tataraku, uchwyciłem żyłkę palcami, wysnuwając ją z kołowrotka i powolutku wycofałem się. Drugą, dłuższą gruntówkę zaniosłem uprzednio jeszcze na koniec dołu i zarzuciłem ją tam z daleka, bez zbliżania się do wody, na środek, w miejsce, gdzie głębia przechodziła w płyciznę. Stała tam teraz stercząc ukosem, widoczna stąd pomimo ciemności.

Zadowolony z dobrego ustawienia gruntówek wsłuchiwałem się w szum wodospadu. Napiętą żyłkę przytrzymywałem w ręku - dziwne, ale prawie natychmiast ściągnął ją ostry nurt, mocno szarpnął, prawie wyrywał z palców. A może nie była to tylko siła płynącej wody? Nie bardzo wierzyłem w natychmiastowe branie. Choć właściwie czemu nie? Miejsce było przecież znakomite. Naraz tatarak, o który oparłem wędkę, zaszeleścił gwałtownie. Nie było już teraz wątpliwości: to ryba!

Ująłem kij, żyłka wylatywała szybko ze szpuli, znikała w ciemności. Zacinać - czy czekać jeszcze? Kąsek był mały, mieszczący się z łatwością w paszczy większego drapieżnika. Pobudzony tym ostrym braniem szarpnąłem gwałtownie wędziskiem. Jest, i to coś ładnego! Czuję, jak gdzieś tam miota się w głębinie, chyba sandacz. Już słyszę, jak chlapie po wierzchu, nawet widać długi, jasny kształt bełtający wodę. Trochę to dziwne, że tak od razu wypłynął na powierzchnię. To chyba jednak nie sandacz, ten raczej parłby do dna. Trzymam go twardo na długość kija i nie daję luzu, by nie szurnął w przybrzeżne tatarakowe zarośla. Końcówkę tej wędki mam miękką, elastyczną, doskonale amortyzuje wściekłe szarpnięcia ryby.

Zagadkowa zdobycz pieni wodę z głośnym pluskiem, zwija się, miota na powierzchni. Całkiem nietypowe to dla sandacza zachowanie. Cóż to jest zatem, u licha??? W każdym razie to coś sporego, zasługującego na poważne traktowanie.
Ryba szybko słabnie, już nie szarpie tak gwałtownie, już nie przygina końcówki. Jeszcze trochę i przewraca się na bok, nieruchomieje na powierzchni. Świecę na nią latarką - to kleń. Ależ piękny! Gruby, pękaty, z wielkim pyskiem, wprost cudowny! Wożę go jeszcze, po czym przybliżam ostrożnie do tataraku. Leży zziajany na powierzchni i nie próbuje już żadnych sztuczek. Jak go teraz wziąć? Wyślizgiem nie da rady, nie przeciągnę go przez zarośla, jest też za ciężki, by go unieść. Nie dosięgnę go poprzez szuwary, a podbieraka ze sobą nie zabrałem.

Zbliżam się dokąd tylko mogę, woda prawie wlewa się do butów. Odchylam końcówkę daleko za siebie, podciągam klenia. Leży na powierzchni zmęczony, zupełnie bezwładny. Przyciągam go jeszcze, wyciągam jak najdalej rękę. Wreszcie go mam! Chwytam poniżej pokryw skrzelowych. Już mój! Teraz go sobie mogę obejrzeć: piękny, spasiony, wielkołuski rozbójnik, z szeroką paszczą. Rabuś z bystrych wód. Długi na trzy dłonie, ponad 60 cm, chyba to będzie jeden z tych większych, jakie złowiłem! Nie przypuszczałem nawet, że kleń lubi również grasować nocami, a może ta pora łowów na nie właśnie okaże się rewelacyjna?

Podcinam też i drugą wędkę. Podczas holu klenia prawie zapomniałem o niej. Tam nic nie wzięło, nie żądajmy jednak za wiele... Ostre światło reflektorów przeszywa nagle ciemność. Nadjeżdża pociąg, wpada na most i przelatuje nade mną z łoskotem. Nie chce mi się łowić dalej, lepiej wrócę, pochwalę się kleniem. Na dziś to w zupełności wystarczy.

Wracam przed północą. Kładę klenia na wagę - jednak nie ma dwóch kilogramów, choć mu niewiele brakuje. Nic nie szkodzi, i tak jest wspaniały! Podczas sprawiania znajduję w żołądku kilka wiśniowych pestek. Ktoś więc go tam nęcił, karmił owocami. Łakomczuch zjadł wiśnie na obiad, a kiełbika na deser..

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

RSS 2.0 PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy
Reklamy Krokus: Przeczytaj szczegółowe opisy wędkarskich akwenów. Sporo z nich znajdzeisz pod tym adresem: Łowiska wędkarskie Znajdziesz tu także informacje o firmach wędkarskich i kwaterach związanych z uprawianiem tego hobby.